Dokoła Durmitoru

Razem z naszymi przyjaciółmi, Wojtkiem i Asią wyjechaliśmy samochodem z Poznania, by po ponad dobie jazdy (nie wliczając postoju na nocleg gdzieś w serbskich górach)

W trasie do Czarnogóry - nocleg w serbskich górachpopołudniową porą zatrzymać się przed knajpką na obrzeżach Mojkovaca. Tam zamówiliśmy obiad, umówiliśmy się na pozostawienie auta na 2 tygodnie. Zanim podali nam „mesane meso”, zdążyliśmy przygotować rowery i objuczyć je sakwami. Po niespiesznym posiłku późnym popołudniem ruszyliśmy w trasę.

Naszą podróż rozpoczęliśmy atrakcji z najwyższej półki. Dolina rzeki Tary, a od pewnego momentu olbrzymi kanion, występuje praktycznie we wszystkich folderach turystycznych traktujących o Czarnogórze. Pierwszego dnia nie było nam dane ujrzeć kanionu w pełnej okazałości, ale znaleźliśmy za to wspaniały nocleg na łące w wiosce Bistrica. Zmierzchało już, a mapa jednoznacznie wskazywała, że przez tę wioskę przepływa jedyny w okolicy potok (pomijając rzekę Tarę). Gdy dojechaliśmy do wioski, zagadałem młodych chłopaków, którzy pili na schodach niewykończonego domu colę z niezidentyfikowanym wspomagaczem, czy nie można by gdzieś w okolicy rozbić namiotu i przenocować. A oni bez większego namysłu wskazali nam należącą do ich rodziny łączkę nieopodal, nad potokiem. Nie niepokojeni przez nikogo, tak spędziliśmy pierwszy nocleg na czarnogórskiej ziemi.

Poranek w Durmitorze

A rankiem, gdy tylko wyściubiłem nos z namiotu, ujrzałem starszego rodu kręcącego się nieopodal namiotu. Całkiem łysy, z wielkim wąsem, w ręce trzymał słusznej wielkości antałek, a w drugiej kieliszek. Tak nas postanowił przywitać o poranku.

Podarunek od gospodarza :)

Tandemowcy trochę się krygowali, ja natomiast starałem się zachować na poziomie. Albo w pionie? 😉 Nie, nie, nic z tych rzeczy. Przecież czekał nas cały dzień kręcenia, piękna pogoda i wspaniałe widoki. Podziękowaliśmy za możliwość noclegu, poranny poczęstunek i ruszyliśmy drogą wzdłuż kanionu Tary.

Kanion TaryMeandrująca TaraResztki śniegu we wnęce skalnej Tunel w kanionie Tary Ala prezentuje pozycję głuszca ;)

Kanion faktycznie był imponujący. Prawie pionowe ściany wznosiły się po kilkaset metrów ponad drogą, która wiła się łagodnie prowadząc nas z nurtem rzeki. Po prostu idylla. Miałem tylko nadzieję, że tak wspaniała atrakcja nie przyćmi kolejnych? W końcu dotarliśmy do słynnego mostu na Tarze, gdzie były kręcone zdjęcia do filmu „Działa Navarony”.

Most, na którym kręcono "Działa Navarony"Na moście Đurđevića na Tarze

Po odpoczynku, lodach i spacerze zaczęliśmy wdrapywać się na nasz pierwszy podjazd. Celem na ten dzień stała się miejscowość Žabljak, położona u stóp parku narodowego Durmitor. Jednak aby tam dotrzeć, musieliśmy wznieść się z poziomu rzeki na płaskowyż, na którym położona jest ta miejscowość. I pojawiły się pierwsze poty. Po wyjechaniu z kanionu do Žabljaka pozostało kilkanaście kilometrów jazdy płaskowyżem. Po drodze spotkaliśmy patrol policji, który stał przy szosie w środku lasu, a ruch drogowy tutaj praktycznie nie istniał ;). W centrum Žabljaka po zrobieniu zakupów nie zdążyliśmy się zastanowić, co zrobić z tak dobrze rozpoczętym wieczorem, a tu jak spod ziemi wyłonił się jegomość i zaczął nas namawiać na nocleg na jego kempingu. Podarował nam wizytówki oraz płyty CD z materiałami promocyjnymi o Durmitorze i okolicy. Zapewniał nas, że można u niego dobrze zjeść i napić się. Tak nas urzekł swoją przedsiębiorczością, a chyba jeszcze bardziej dobrą ceną (10 Euro za nas wszystkich), że przystaliśmy na jego propozycję. Gdy zmierzaliśmy ku wskazanemu przez tego człowieka miejscu, okazało się, że kamping jest położony w najwyższej części miasta, ale za to przy samej granicy parku narodowego. Zanim się tam wdrapaliśmy, zdążyło się zrobić ciemno i nadspodziewanie zimno. Szybko rozbiliśmy namioty i poszliśmy się wykąpać do domku, do którego dostaliśmy klucze. Właściciel kempingu był mocno zatroskany o Alę, bał się, że w nocy zmarznie, więc przyniósł nam elektryczny grzejnik i przedłużacz sięgający aż do jego domu. Zaproponował, abyśmy wstawili go sobie do namiotu i zapewnił, że to jest gratis, od niego dla Ali. Podziękowaliśmy grzecznie i wskazaliśmy na nasze puchowe śpiwory, zapewniając go, że Ali nic nie będzie.

Biwak na kempingu pod Żabljakiem

Noc na kempingu w Žabljaku faktycznie była naszą najzimniejszą nocą w trakcie wyjazdu – temperatura spadła w okolice zera. O poranku właściciel kempingu w zaufaniu powiedział nam, że mieszka przy granicy parku i stąd prowadzi szlak pieszy do Czarnego Jeziora. Idąc tym szlakiem omija się strażników, którzy sprzedają bilety do Parku. Poinstruowani jego wskazówkami po śniadaniu wybraliśmy się na pieszą wycieczkę. Droga przez las była ciężka, gdyż w pod osłoną koron drzew śnieg nie zdążył jeszcze stopnieć i momentami były ponad półmetrowe zaspy śnieżne, a przy powalonych drzewach pod śniegiem puste przestrzenie, w które kilkukrotnie wpadaliśmy po pas. Cel – Czarne Jezioro, był jednak wart tej drogi. W krystalicznie czystej wodzie jeziora odbijały się masywne szczyty Durmitoru. Powrotną drogę pokonaliśmy nie bez problemów – trochę się pogubiliśmy – ścieżka była częściowo pod śniegiem i często się rozgałęziała. Ale GPS Wojtka dał radę i bez problemów nakierowaliśmy się na bazę.

Piesza wycieczka po Durmitorze Ala bada co w śniegu piszczy ;) Wiosenne krokusy Sesja nad Jeziorem Czarnym w Durmitorze Sesja nad Jeziorem Czarnym w Durmitorze Sesja nad Jeziorem Czarnym w Durmitorze

Z kempingu wygramoliliśmy się dopiero po obiedzie. Wróciliśmy jeszcze do centrum miejscowości aby zrobić zakupy i ruszyliśmy. Gdy opuściliśmy Žabljak, przed naszymi oczami roztoczył się niesamowity widok. Rozległy płaskowyż, a dokoła same góry. Mniejsze, większe, ale wszystkie pokryte przynajmniej w części śniegiem. Na pożegnanie właściciel kempingu poinformował nas, aby nie jechać szosą przez Durmitor, gdyż w górnej partii cała pokryta śniegiem i nie przejedziemy. Na szczęście miałem już w głowie opracowaną alternatywną trasę – asfaltami i szutrami dokoła Durmitoru.

Droga z Żabljaka w kierunku Tušiny Zabytkowa kapliczka w Durmitorze Panorama Durmitoru

W pewnym momencie okazało się, że na mapie nie ma naniesionej nowej – tranzytowej – drogi w kierunku Nikšića. Rewelacja, w takim razie stara droga, którą zamierzałem pokierować naszą ekipę, była dodatkowo odciążona. Faktycznie, gdy tylko skręciliśmy w starą drogę kierującą się ku dolinie Bukovicy ruch samochodowy zamarł. Taka jazda nam odpowiadała. Co prawda tego dnia nie ukręciliśmy oszałamiającej ilości kilometrów, jednak dotarliśmy do Kosorskiej Bukovicy i tam pod ogromnymi bukami na gospodarskiej łące rozbiliśmy swe namioty. Stary gospodarz był bardzo życzliwy, ale widocznie albo nie chciał się narzucać, albo miał samotniczą naturę. Po wskazaniu nam dogodnego miejsca na namioty zniknął i tyle go widzieliśmy. Z pięknej miejscówki położonej na bezleśnym stoku doliny mieliśmy wspaniałe widoki na okolicę. A kilkadziesiąt metrów od nas, przy serpentynie drogi kaskadami spływał potok, ewenement jak na tę krasową okolicę.

Biwak na łące w Dolnej Bukovicy

Kolejny dzień przyniósł nam na dzień dobry łagodny podjazd i trasę przez naprawdę sielskie okolice.

Ponad doliną Bukovicy Okolice Šavnika

Przed Šavnikiem przejechaliśmy przez nową szosę i zaraz dalej napotkaliśmy na przytulną knajpkę na odludziu. Zrobiło się strasznie gorąco, więc część ekipy wyjęła chłodne jeszcze kefirki, a ja z Monią kupiliśmy sobie po Nikšićkim ;). To było orzeźwienie. Właściciel knajpy poinstruował nas, co można w okolicy zobaczyć – między innymi jeden naszych głównych celów na ten dzień. Kanion Nevideo – Niewidzialny Kanion, położony kilka kilometrów dalej, co prawda może wartościami liczbowymi nie porażał, ale nie ujmowało to nic jego niezwykłości. To był najwęższy kanion, jaki w życiu przyszło mi oglądać. Przy głębokości dochodzącej do 60-70 m, jego szerokość momentami nie przekraczała 1,5 m! Nasza trasa miała prowadzić mostem ponad kanionem. Będąc już kilkanaście metrów od tego cudu natury Monia stwierdziła: I to ma być to wszystko – ten niepozorny mostek?

Wlot do Kanionu Nevideo

Ale gdy tylko wjechaliśmy na ten mostek, wszyscy z niedowierzaniem spojrzeliśmy w dół. Byliśmy ponad wlotem do kanionu. Z szerokiej na jakieś 20 m doliny woda wpływała do rozpadliny w skałach szerokiej na 2-3 metry i wysokiej na jakieś 50 m. Byłem w siódmym niebie! Oczywistym dla mnie było, że trzeba zjechać na dół i spróbować zagłębić się kawałek w tę rozpadlinę. Reszta ekipy natomiast nie podzieliła mojego zdania – im wystarczyło podziwianie kanionu z perspektywy mostu. Ale poinformowali mnie, że mogą sobie zrobić postój, a ja mogę na pół godzinki wybrać się na zwiedzanie solo. Nie zwlekając czym prędzej rozjuczyłem rower, odczepiłem przyczepkę i popędziłem w dół. Po drodze napotkałem całkiem spory wodospad, o którym również wspominał właściciel knajpy. Kilka chwil i byłem przed wlotem do kanionu. Zostawiłem rower pod opiekę pasącym się tam krowom, zaciągnąłem mocniej paski sandałów i ruszyłem po skalnych występach. Udało mi się przejść może 60-80 m ale dalej brzegi stanowiły pionowe ściany kanionu, a dno składało się z wyślizganych wodnych mis. Wolałem nie ryzykować spływu ku niewiadomemu, więc pstrykając fotki na lewo i prawo wycofałem się niespiesznie do roweru. Pomyślałem tylko, że fajnie byłoby wziąć udział w spływie kanioningowym, które są tutaj organizowane. To by były przeżycia!

Wodospad powyżej kanionu Nevideo Most ponad kanionem Nevideo Kanion Nevideo Kanion Nevideo No nic, wdrapałem się do mostku, załapałem się na przekąskę i ruszyliśmy dalej. A dalej zaczęło się pod górę. I to nie byle jaką. Wąziutka asfaltowa droga trawersowała strome zbocza kanionu Komarnicy wspinając się ostro ku płaskowyżowi. To był dopiero kanion. Ledwie było widać dno, którym płynęła rzeka. Kilkaset metrów pionowej skalnej ściany po obu stronach rzeki. A my na przylepionej wąskiej drodze pokonywaliśmy kolejne metry podjazdu delektując się przestrzenią i błękitnym niebem. Niedługo potem osiągnęliśmy krawędź kanionu i mogliśmy trochę odsapnąć.

Niesamowita droga w kanionie Komarnicy Niesamowita szosa w kanionie Komarnicy Niesamowita szosa w kanionie Komarnicy

W pierwszej napotkanej wiosce na płaskowyżu postanowiliśmy coś kupić, jednak niezbyt wiele tam było do dostania. A z jedzenia to już zupełnie nędza. Za to piwko z lodówki smakowało wybornie! Podczas sjesty stwierdziliśmy, że nie wiadomo, gdzie będzie następna osada (mapa w tej kwestii była niejednoznaczna), więc zapytaliśmy sklepikarza, czy może uzupełnić nasze zapasy wody. Sklepikarz odpowiedział, że niestety u niego nie ma wody, ale szybko zamknął sklep, wskoczył do swojego starego Golfa i skinął na nas abyśmy uczynili to samo. Ja z Wojtkiem zabraliśmy wszystkie butelki i pojechaliśmy. Po kilku kilometrach dotarliśmy do samotnego gospodarstwa. Sklepikarz zamienił dwa zdania z gospodarzem i już po chwili wyciągaliśmy wodę wiadrem z płytkiej studni. W sumie potem okazało się, że to nie są studnie, a zbiorniki zbierające deszczówkę. Nawodnieni wróciliśmy do naszych dziewcząt. Podziękowaliśmy sklepikarzowi za przysługę i ruszyliśmy drogą mijając to samotne gospodarstwo…

Sponsorem oznakowania szlaku jest... Nikšićko! ;) Ala zachwycona ilością zwierząt na trasie Pasmo Vojnik Tą drogą objeżdżamy Durmitor Każdy z nas zdobywa swoje szczyty ;) Wąziutka nitka szosy, praktycznie na jeden samochód, prowadziła nas wśród wspaniałych krajobrazów. Z jednej strony czasami stawaliśmy prawie na krawędzi kanionu, z drugiej mogliśmy podziwiać piętrzące się ponad pobliskimi pagórami najwyższe szczyty Durmitoru. Powoli zbliżał się wieczór. Tyle już się w czasie tego wyjazdu wydarzyło, tyle odmiennych krajobrazów widzieliśmy, aż nie mogłem uwierzyć, że to wszystko zdarzyło się zaledwie w czasie trzech dni i na przestrzeni niewielu ponad 100 kilometrów!

Nasi dzielni towarzysze podróży Ponad kanionem Komarnicy

Ciągle podjeżdżaliśmy pod górę. W kolejnej z wiosek skończył się asfalt i zaczął „macadam” czyli droga pokryta masą mniejszych i większych białych kamyczków. Nie jechało się źle, trzeba było tylko uważać skręcając, aby nie położyć roweru. A tak zrobiła właśnie Monia na ostatnim ze zjazdów tego dnia. Na szczęście nic jej się nie stało, nawet rower i sakwy wyglądały na nienaruszone. Przed wioską Bezuje natrafiliśmy na stado owiec i pasterza. W dolinie było widać już wioskę, więc zapytaliśmy pasterza, gdzie tu można by się było rozstawić z namiotem. Pasterz powiedział nam, że w centrum wioski ma dom i kawałek łąki, więc na tej łące będziemy mogli się rozbić. Jak tylko tam dotarliśmy, zaraz kilkoro dzieciaków z całej wioski się zebrało i przyglądali się jak rozbijamy obozowisko. Dwójka najstarszych dzieciaków zebrała się na odwagę i chwilę z nami porozmawiali. Gdy spytaliśmy się o wodę, najstarsza dziewczynka zaprowadziła nas do swojego domu i tam nabraliśmy wody. Przy okazji zapytaliśmy się, czy nie mają trochę mleka do sprzedania. Niestety gospodarze nie mieli krowy, ale powiedzieli, że jest jedna rodzina, która ma krowę. Po kilkunastu minutach biegł już do nas chłopak niosąc ze sobą dwie butelki mleka. Ustaliliśmy, ile mleko ma kosztować i je kupiliśmy. Świeże mleko do kolacji smakowało wybornie.

Durmitor o zmierzchu Jedziemy póki dnia starcza Pasterze zaganiają owce na noc do zagród Nocleg w środku wioski

Wczesnym rankiem, jeszcze z namiotu, zobaczyłem mijającą nas grupę turystów rowerowych. Gdy się przyjrzałem, okazało się, że to byli Rosjanie, którzy spali na tym samym co my kempingu w Žabljaku. Oni pojechali szosą przez przełęcz Sedlo w Durmitorze, gdzie leżało jeszcze bardzo dużo śniegu. Jednak dało im się.

Po śniadaniu się zebraliśmy i ruszyliśmy dalej naszą szutrowo-asfaltową obwodnicą Durmitoru przez Planinę Pivską. Kilka kilometrów za wioską napotkaliśmy rozjazd. Jedna droga – nasza – biegła dalej górną krawędzią kanionu wzdłuż jeziora Pivskiego, a druga spadała serpentynami do samego jeziora, przekraczała je mostem i potem takimi samymi serpentynami wznosiła się na płaskowyż po drugiej stronie kanionu. Smaczku temu widokowi dodawał lazur wody jeziora Pivskiego. Za rozjazdem skończył się asfalt. A chwilę później Monia zakomunikowała mi, że coś niedobrego dzieje się z jej przerzutką. Biegi same zaczęły przeskakiwać. Okazało się, że gdy zeszłego dnia wywróciła się, pękł jeden ze sworzni pantografu w tylnej przerzutce i zrobiły się w niej straszne luzy. To powodowało, że na niskich, potrzebnych na podjeździe biegach, łańcuch sam sobie przeskakiwał z zębatki na zębatkę. Kiepsko, naprawdę kiepsko to widziałem. Po zdiagnozowaniu i wstępnych przymiarkach do naprawy już miałem wizję jazdy w pojedynkę drogą przez kanion, dalej do Nikšića, znalezienia sklepu, zakupu wyposażenia i powrotu na szlak. Ale na szczęście Wojtek uwziął się i prowizorycznym ale skutecznym sposobem ujarzmił prawie w całości fanaberie przerzutki. Mogliśmy jechać dalej.

Prowizoryczna naprawa przerzutki

Jezioro Pivsko Jedziemy drogą na tuż przy krawędzi Kanionu Pivskiego Tandem naszych towarzyszy Nad Jeziorem Pivskim Ali też się tutaj podoba :)

Jechaliśmy sobie dalej przez Planinę Pivską, mijając z rzadka rozrzucone po okolicy domostwa, aż tu nagle z jadącego przez łąkę traktora wyskoczył trzydziestokilkuletni mężczyzna i zawołał do nas, że zaprasza nas do swojego domu na kawę i poczęstunek. Jego traktor pojechał dalej, on na to nie bardzo zważał, ale po chwili, gdy zaskoczeni tą sytuacją zgodziliśmy się na jego propozycję, popędził za nim i po chwili pilotował nas do swojego gospodarstwa. Po wejściu do domu okazało się, że mężczyzna mieszka z matką. Jego matka akurat drzemała na kanapie, ale gdy nas tylko zobaczyła, zerwała się bez słowa i dalej szykować herbatę, kawę i ogólnie poczęstunek. No, takiego obrotu sprawy się nie spodziewaliśmy. Do tego wszystkiego nasz gospodarz wyciągnął pociągłą butelczynę i zaczął nas raczyć zacnym, aczkolwiek mocnym trunkiem. Nasi gospodarze raczyli nas wszystkim, co mieli. To naprawdę było niesamowite, tak nagle ściągnięci z drogi, zostaliśmy przyjęci prawie tak jak dawno nie widziana rodzina. W pewnym momencie nasz gospodarz zmieszał się, zaczął szukać po szafkach, nie znalazłszy tego czego szukał, wyciągnął z kieszeni 2 euro, dał nam i powiedział, że niestety nie ma dla Ali czekolady. I poprosił, abyśmy ją dla niej kupili. Oczywiście nie przyjęliśmy pieniędzy i solennie zapewniliśmy, że Ali czekoladę od niego kupimy. Było dopiero południe, a gospodarze zaczęli nas namawiać, abyśmy zostali u nich na noc. Z wielkim żalem, ale musieliśmy odmówić, bo chcieliśmy jeszcze trochę tego dnia przejechać.

Tutejsza gościnność zaskakuje nas bardzo! :) Gospodarz nie chce nas puścić w dalszą drogę! Durmitor cały czas na nas "patrzy"...

Kilometr za domostwem, w którym gościliśmy, skończył się asfalt. Kolejne kilometry przyszło nam jechać i pchać rowery (zaczęły się krótkie acz strome podjazdy) drogą pokrytą głównie luźnym żwirem i kamykami. Po sforsowaniu jednego z podejść nagle nadciągnęła ciemna chmura i lunęło deszczem. Na szczęście była to tylko przelotna burza, po kilkunastu minutach po deszczu nie było śladu, mogliśmy jechać dalej.

Momentami jest "nieco" bardziej pod górę Ali burza nie przeszkadza Kolejna "ścianka" Na Planinie Pivskiej - klimaty rodem jak z Norwegii Dla takich widoków warto jeździć po górach... Tylko my i góry

W końcu dojechaliśmy do najwyższych partii płaskowyżu. Droga wiła się przez kamieniste pagórki, a w nieckach leżało jeszcze dużo śniegu. Tym widokom przepływające nisko po niebie burzowe chmury dodawały jeszcze więcej dramatyzmu. Ale tego dnia nie spadła już ani kropla z nieba. Po kilku kilometrach zaczęliśmy zjeżdżać w dolinkę. Droga stała się błotnista i na bokach leżały jeszcze słusznych rozmiarów hałdy śniegu. Chyba mieliśmy szczęście, pewnie dzień lub dwa wcześniej ta droga była jeszcze pod śniegiem.

Ten odcinek przetarto dzień przed naszym przejazdem Już wiemy, gdzie dziś wieczorem rozstawiny namioty

W dolince stała samotna chatka. Słońce było już bardzo nisko, więc zajechaliśmy pod tę chatkę i chcieliśmy zapytać o możliwość rozbicia namiotu. Z chatki zamiast gospodarza wyglądnęła babcinka i jak tylko dowiedziała się, że chcemy u niej przenocować, zaraz zaprosiła nas do siebie na herbatę. A my w międzyczasie rozbiliśmy obóz i o zmroku poszliśmy do jej domu. Babcinka mieszkała sama tutaj od wiosny do jesieni, tylko na zimę schodziła do doliny mieszkać u swoich dzieci. Jej dom składał się z jednej izby, w której było pełne wyposażenie – piec, kuchnia, wielki stół i łóżko. Czyli wszystko, co do życia potrzebne. Na piecu opalanym drewnem ugotowaliśmy sobie makaron i zrobiliśmy kolację. Babcinka była tak przejęta Alą, że zaproponowała Moni, aby przenocowała z Alą u niej w domu, a nie zimnym namiocie. Ciężko było jej wytłumaczyć, że wszystko jest ok i że mamy ciepłe śpiwory. Ale ostatecznie udało się. W międzyczasie babcię odwiedziło dwóch znajomych pasterzy – wracali do swojego przysiółka, więc po drodze wstąpili na kawę. Po zjedzeniu kolacji podziękowaliśmy naszej gospodyni za możliwość skorzystania z kuchni i ogrzania się – na dworze wieczorem ciągnęło już chłodem. Chcieliśmy ją w czymś wyręczyć, ale nawet nie chciała o tym słyszeć. Byłem dla tej kobiety pełen podziwu, jak w tym wieku sama sobie radzi w tych górach, dodatkowo zajmując się pokaźnym stadkiem kóz.

Cudowny wieczór w Durmitorze Cudowny wieczór w Durmitorze Krokusy wręcz "wyganiają" ostatnie płaty śniegu Nasza przemiła i niezwykle gościnna gospodyni Ala szybko zaprzyjaźnia się z gospodynią

Obudziliśmy się z pięknym widokiem na łąkę pełną krokusów i dalekie pokryte śniegiem pasma Bioč i Maglič – niewiele niższe od Durmitoru. Do śniadania nasza gospodyni przyniosła nam wrzątku na herbatę, pytając czy nie zmarzliśmy w nocy. Po śniadaniu podziękowaliśmy jej za gościnę i ruszyliśmy dalej naszym „macadamowym” szlakiem. Na niebie nie było śladu po wczorajszych chmurach, więc syciliśmy oczy niesamowitymi mozaikami lazuru, białych skał, zieleniącej się już trawy i śniegu. Droga falowała zgodnie z kolejnymi pagórkami, które pokonywaliśmy już bez większego trudu, w przeciwieństwie do poprzedniego dnia.

Kolejny dzień, kolejne szutrowe podjazdy W sercu Planiny PivskiejPrzed miejscowością Boričje znów pojawił się asfalt. Nowy, gładki, w sam raz na zjazd w dolinę, którą musieliśmy „przeskoczyć”, by dotrzeć do głównej szosy przecinającej Durmitor.

Przed Boričje pojawia się asfalt Przed nami trawers doliny Wioska Boričje, pięknie położona w dolinie Nasza ekipa w pełnym składzie Zjazd do wioski Boričje

Zygzaki na przeciwległym stoku doliny nie wróżyły łatwego podjazdu. Ani nawet łatwego podejścia… Po wariackim zjeździe asfaltową drogą przemknęliśmy tylko przez wioskę, znaleźliśmy boczną drogę i rozpoczęliśmy wspinaczkę. Słońce mocno się nam dawało we znaki – podjazd był na południowej wystawie. Duże kamienie i połamane gałęzie (pozostałości po zimie) mocno utrudniały i tak już trudny podjazd. W końcu odpuściłem i zacząłem wprowadzać rower.

Jeszcze przed wsią Boričje dołączają do nas dwa rude psy

Końcówka trawersu jest wymagającaNa szczęście do końca podjazdu już było niedaleko. Stanęliśmy znów na planinie. Do szosy mieliśmy już rzut beretem.

Wspaniały widok na Kanion Pivski i niewiele niższe od Durmitoru pasmo Bioč

Wtedy wpadłem na jedynie słuszny plan, aby nie jechać prosto do Trsy, tylko w stronę przeciwną – w kierunku przełęczy Sedlo – tej pod śniegiem. Dojechać jak daleko się da, zrobić dalej mały rekonesans i wrócić w kierunku Trsy. Reszta ekipy ochoczo przyklasnęła na ten pomysł i pojechaliśmy. Kilkukrotnie przebijaliśmy się przez zaspy śnieżne, aż do jednej, która liczyła pewnie z kilometr tzn. nie było widać jej końca ;).

Nieodśnieżona szosa do Żabljaka Pokonujemy pierwsze śnieżne zaspy Po pokonaniu zaspy - piękna droga w kierunku przełęczy Sedlo W Durmitorze Mamy szczęście - udaje się przejechać wąskim skrawkiem szosy Tu asfalt definitywnie znika pod śniegiem

Zostawiliśmy rowery i poszliśmy na spacerek po okolicy. Przed nami na wyciągnięcie ręki było serce Durmitoru – Prutaš, Bobotov kuk, Sedlena Greda i inne szczyty liczące 2400 – 2500 m n.p.m.

Zostawiamy rowery i ruszamy na pieszy rekonesans po okolicy W perspektywie najwyższe szczyty Durmitoru Udało się - jesteśmy w sercu Durmitoru! Niestrudzone pieski ciągle z nami Po nasyceniu się tymi widokami i lekkim przymarznięciu ruszyliśmy z powrotem w kierunku Trsy. Myślałem, że to będzie już tylko formalność tam dojechać, jednak sromotnie się pomyliłem. Po drodze było jeszcze mnóstwo krótkich podjazdów, które porządnie nas wymęczyły.

Wracamy w kierunku Trsy

W Trsie myśleliśmy, ze sobie coś zjemy, ale w jedynej otwartej restauracji dziewczyna powiedziała, że na razie jeszcze nie mają sezonu i nic nam nie może polecić. Otwartego sklepu też nie było, a nasze zapasy żywnościowe były już na wykończeniu. W końcu to był już trzeci dzień od wizyty w sklepie w Žabljaku. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy odpuścić dalszą drogę planiną do Šćepan Polje – miejscowości graniczącej z Bośnią i Hercegowiną i skrócić trasę zjeżdżjąc prosto nad jezioro Pivskie do Plužine. Tym sposobem dostaliśmy jeszcze jedną atrakcję, a mianowicie szaleńczy zjazd drogą pełną tuneli, z których ostatni zawierał w sobie skrzyżowanie dróg.

Na drodze z Trsy do Plużine

Spektakularny zjazd nad Jezioro Pivskie prze kilkanaście tuneli. W jednym z tuneli znajduje się skrzyżowanie

Po przekroczeniu jeziora mostem dotarliśmy do Plužine. Miło, że sklepy w Czarnogórze są otwarte do późnych godzin wieczornych. Po obfitych zakupach postanowiliśmy rozbić się gdzieś nad jeziorem. Niestety gdy wyjechaliśmy za miasto ściemniło się i poza niegościnnymi stromymi skarpami nie znaleźliśmy żadnego skrawka terenu, który by się nadał do urządzenia biwaku. Wróciliśmy do miasta, gdzie miał znajdować się kemping. Postanowiłem jeszcze spróbować kogoś zagadać o trawkę – zjechałem w uliczkę ciągnącą się wzdłuż jeziora i… udało się za pierwszym razem. Przy jednym z domów właściciel pozwolił nam rozbić namioty na łączce, dodatkowo zostawił otwartą łazienkę w domku gospodarczym. Pełen wypas.

Nocleg na przydomowej łące nad Jeziorem Pivskim

Czytaj dalej…

1 Komentarz

  1. justabrr

    Mam nadzieję, że kiedys trafie do tej samej babcinki w górach! Przepiękna Czarnogóra, już czytałam i ogladałam tę relacje i wciąż sie zachwycam….

Dodaj komentarz