Góry Orlickie na biegówkach

Od kilku już lat zastanawialiśmy się nad zimową alternatywą dla naszych rowerowych wycieczek. Pieszo? Mały zasięg. Na łyżwach? Zimy ciepłe, lodu na jeziorach jak na lekarstwo, tez ograniczony zasięg. Narciarstwo zjazdowe – rodzinnie ciężkie do realizacji, no i dość kosztowne. A narty biegowe chodziły nam po głowie już od kilku ładnych sezonów. I w końcu – przemogliśmy się. Skontaktowaliśmy się z Ludkiem i Marketą, naszymi rowerowymi znajomymi z Czech, którzy na skraju cichej i uroczej wsi Techonin położonej w sercu Gór Orlickich, prowadzą małą rowerową bazę noclegową i zaklepaliśmy noclegi.

Na wspólny wyjazd z nami zdecydowały się jeszcze dwie rodzinki, których dzieci chodzą do jednej klasy z Alą. Wszyscy byliśmy nowicjuszami, jeśli chodzi o narty biegowe, więc można było się spodziewać, że radochy będzie co nie miara! 🙂 Wszyscy bardzo cieszyliśmy się na ten wypad!

Oczywiście, jak to zimą z dziećmi bywa, nie obyło się bez niespodziewanych i gwałtownych zwrotów akcji. Tydzień przed planowanym wyjazdem rozchorowała się nasza Lilka, a zaraz po niej córka naszych znajomych. Na szczęście dziewczyny wykazały dużo dobrej woli i przy pomocy różnorakich środków farmaceutycznych udało się w samą porę zażegnać widmo pozostania w domu.

Zaopatrzeni w sprzęt z wypożyczalni w Swarzędzu (na marginesie – polecamy Poznaniakom i wielkopolanom) ruszyliśmy w środowe popołudnie w kierunku Techonina i po pięciu godzinach jazdy zameldowaliśmy się w progach techonińskiej Lesovny. Na miejscu czekali już na nas znajomi, przytulny pokoik oraz masa śniegu dookoła!

Pierwszego dnia postanowiliśmy się nie wygłupiać z wielkimi wyprawami i jako, że droga do wsi była pokryta grubą warstwą ujeżdżonego śniegu, postanowiliśmy tam rozpocząć nasze praktyki. Próby przetykane posiłkami i krótkimi odpoczynkami kontynuowaliśmy aż do późnego popołudnia. Oj były emocje! 🙂 Gdy już opanowałem technikę utrzymywania się w pionie i jako takiego posuwania się do przodu, wypakowałem z samochodu przyczepkę i spróbowałem się z nią przemieszczać na nartach. Oj, z początku lekko nie było. To była wyższa szkoła jazdy. Aby jazda była efektywna i komfortowa należało wydłużyć i uspokoić ruchy, gdyż gwałtowne odpychanie się powodowało straszne szarpanie przyczepką. Ale i tę ekwilibrystykę udało mi się opanować. Reszta ekipy też sobie nieźle radziła, a to oznaczało, ze następnego dnia nie ma odwrotu, ruszamy w góry!

Dzień drugi – na Suchak!

Z rana wrzuciliśmy sprzęt do samochodów i podjechaliśmy całą ekipą na Červenovodské sedlo. Było dość ciepło – koło zera stopni, niestety dość pochmurno i mgliście. Ale nic nas nie było w stanie zrazić. Przed nami była nowa przygoda, nowe doznania!

Trzy, dwa, jeden...Szybko uporaliśmy się ze sprzętem, najmłodsza dwójka – Lilka i Hania powędrowały do przyczepki, co bardzo im się podobało, i… ruszyliśmy! Dla mnie pierwsze wrażenia były bardzo pozytywne. Trasa ładnie przygotowana ratrakiem, ślady do stylu klasycznego założone, a co najważniejsze – dawałem radę z ważącą niemalże 50 kg przyczepką… Myślałem, że wszyscy lokalni biegacze będą nas wyprzedzali i marudzili na zawalidrogów, jednak okazało się, ze tempo naszej grupy jest całkiem przyzwoite i wyprzedzających nie było zbyt wielu.

Początkowo tras wiodła przez mglisty las, ale gdy tylko wydostaliśmy się ponad górny pułap mgły, w przerwach pomiędzy drzewami można było podziwiać rozległe widoki na okolicę.

Widoki zachwycająNasza ekipa rozciągnęła się dość mocno, Ala wypruła gdzieś do przodu z koleżanką, a ja z Monią spokojnym tempem zamykaliśmy stawkę. Moni również biegówki bardzo się spodobały. Gdy jechaliśmy razem, w miarę mojej nikłej wiedzy zdobytej na wieczornym instruktażu z youtube 😉 starałem się jej podpowiadać co nieco, i chyba nawet miało sens to co mówiłem, gdyż widać było, że coraz lepiej sobie radzi.

Na lyžařskiej stopieWidoki z trasyPo pewnym czasie ciągnięcie przyczepki przejął tata Hani, więc mogłem trochę bardziej „popróbować” 😉 No i też mogłem więcej sięgać po aparat…

Nasza ekipa na trasie Ala dzielnie zasuwa! Sama radość! Gdy zbliżaliśmy się do schroniska pod Suchym Vrchem, wyszło słonko. I zrobiło się cudnie! Zasiedliśmy na ławkach przed budynkiem schroniska i zaczęła się laba… Dzieciaki ganiały wkoło, my zażywaliśmy słonka, po prostu idylla! 🙂

Kofola słonko i luuuz... Odpoczynek należy się wszystkimTermometr na drzwiach schroniska pokazywał 19 stopni Celsjusza. Racząc się kofolą i zabranymi z bazy wiktuałami przedłużaliśmy jak najdłużej te błogie chwile. Niestety, jednak wszystko ma swój kres, tak i nam w końcu zaszło słonko. I to był dobry moment do ogłoszenia odwrotu. Przejąłem dowodzenie nad przyczepką i ruszyliśmy w drogę powrotną w kierunku przełęczy, gdzie czekały na nas samochody.

Na trasieCała nasza 12-osobowa ekipaW połowie drogi powrotnej urządziliśmy krótki odpoczynek. Oczywiście, kto był zmęczony to odpoczywał…

Przerwa na odpoczynek Najmłodsze rozrabiaki Śniegu nigdy dość! Klub zdobywcówPo przerwie obraliśmy alternatywną trasę powrotu, tak aby jeszcze zażyć trochę więcej górek – kilometraż do przełęczy był taki sam, ale więcej podbiegów i zjazdów.

Na trasiePrzez chwilę na horyzoncie zamajaczyła nawet znajoma sylwetka pradziadowej iglicy.

Majaczący w oddali szczyt Pradziada Zestaw pociągowy Lili i HaniDo samochodów dotarliśmy w samą porę, kilkanaście minut przed zachodem słońca. Zanim się spakowaliśmy i ruszyliśmy w kierunku bazy zaczęło się już powolutku ściemniać.

Księżniczki w karocy

Pobieranie

Po tylu wrażeniach nikt już nie wspominał o wieczorno-nocnych sprintach po okolicy. Zresztą w międzyczasie służby drogowe wysypały naszą drogę treningową drobnym żwirkiem, więc tym bardziej motywacja spadła.

Dzień trzeci – na Bukovą Horę

O poranku znów się pojawiliśmy na Červenovodskim sedle. Pomimo zdecydowanie gorszej pogody niż poprzedniego dnia, z racji soboty na parkingu było pełno. Musieliśmy zaparkować kawałek od przełęczy na poboczu drogi prowadzącej do schroniska na Suchym Vrchu. Nie ono jednak było celem naszej wycieczki. Zamierzaliśmy wybrać się w drugą stronę, na Bukovą Horę. Niestety nie było tam żadnego schroniska, gdzie można by porządnie odpocząć i się ogrzać, więc postanowiliśmy zrobić dwa warianty trasy. Dłuższą dla zapaleńców i krótszą dla amatorów. 😉 Jednak już od samego początku pogodził obie grupy Jeřáb, mały szczyt, pod który zaliczyliśmy ostry podbieg od samego startu. Jak już się na niego wczłapaliśmy, to już wszyscy zadeklarowali, że mogą na długą pętlę. Zresztą, odbicie na krótką pętelkę zostało gdzieś za nami przegapione, więc po prawdzie innego wariantu już nie było.

Podejście na JeřábPogoda tego dnia faktycznie była już o klasę niższa, Gdy docieraliśmy do Bukovej Hory, zaczął się ruszać mocniejszy wiatr, co w połączeniu z dużą wilgocią spowodowało mało komfortową aurę. Gdy dotarliśmy do górnej stacji wyciągu narciarskiego na Bukovej Horze i zaczęło naprawdę mocno dmuchać, zarządziliśmy odwrót.

Zimowa impresja Brniemy przez śniegi i przez mgłęPodczas zjadu z Jeřába kilka osób zaliczyło fikołka, na szczęście obyło się bez strat w ludziach i sprzęcie. Gdy wróciliśmy na przełęcz, zadekowaliśmy się z dzieciakami w budynku informacji turystycznej połączonej z bistro. I stamtąd systemem zmianowym chętni ruszali na podboje biegówkowych szlaków . Z tras wygonił nas dopiero zmrok…

Trenujemy aż do zmierzchu

Pobieranie

Dzień czwarty – pętla techonińska

W niedzielę, która była już naszym ostatnim dniem na miejscu, podjechaliśmy do przeciwległej części Techonina. Tam kończyła się nitka utrzymywanej trasy biegówkowej prowadzącej aż na Suchy Vrch. Pętla, mimo, że niedługa, okazała się być bardzo ciekawa i malownicza. Szczególnie przez to, że częściowo prowadziła polami zasypanymi głębokim śniegiem.

Pobieranie

Niestety tego dnia nie było dane nam zbyt długo poszaleć, gdyż nie chcieliśmy zbyt późno dotrzeć do domu. Przed 13 zakończyliśmy nasze działania terenowe, by zdążyć się spakować i o rozsądnej porze wstąpić przed drogą powrotną do restauracji na obiad. Przykro było się żegnać z naszymi gospodarzami, Techoninem, Górami Orlickimi i ich trasami biegówkowymi.

Widok z okna naszej bazyI tak oto zakończyła się nasza pierwsza w życiu przygoda z biegówkami. Z biegówkami, które myślę, że już na stałe zagoszczą w naszym zimowym kalendarzu, gdyż jest to wspaniała zimowa alternatywa dla turystyki rowerowej.

Na koniec jeszcze rada praktyczna. Wybierając się na biegówki do Czech warto zajrzeć na stronę www.bilestopy.cz , na której są na bieżąco aktualizowane informacje o przebiegu i stanie przygotowania tras narciarskich w głównych regionach biegówkowych Czech.

10 Komentarzy

  1. Aleksandra

    O takiej wyprawie można tylko pomarzyć… dobrze, że takie miejsca istnieją. A biegówki? To coś dla mnie 🙂
    Pozdrawiam
    https://olazplecakiem.blogspot.com/

    1. Tomek Gurdziołek (Post autora)

      Tak, Góry Orlickie są wymarzone na biegówki! Gdyby jeszcze tak w Wielkopolsce śnieżna zima trwała dłużej niż kilka dni do roku…

  2. Agnieszka

    Super! Wychowałam się w pobliżu Gór Orlickich tak więc narty biegowe są mi bardzo bliskie. Niestety smuci mnie jednak to, że w Polsce jest to sport trochę niedoceniany,a w Czechach jest on bardziej powszechny. Mam nadzieję że temat biegówek będzie się rozwijać 🙂

    1. Tomek Gurdziołek (Post autora)

      My też bardzo na to liczymy! Biegówki to super sprawa!

  3. Szymon

    ja chyba nie mam cierpliwości do biegówek… (czasem używam moich nart, które normalnie są zjazdówkami, do podjechania gdzieś po płaskim – bo czasami jest taka potrzeba) i chyba szybciej jest mi po prostu pójść 🙂 /aczkolwiek być może z czasem się do tego przekonam/. Za to na zjazdówkach jeżdżę już 13 lat 🙂

    1. Tomek Gurdziołek (Post autora)

      Polecamy wypożyczyć i udać się na przygotowaną trasę! Jeśli już masz takie doświadczenie w narciarstwie zjazdowym, to przesiadka na biegówki powinna być formalnością!

  4. Łukasz | Kartka z Podróży

    Tyle śniegu, tyle frajdy! A zjazd w dół wygląda już tylko na samą przyjemność i relaks. Trzeba było zmieniać wosk po drodze?

    1. Tomek Gurdziołek (Post autora)

      Oj, woski, ich dobieranie, smarowanie, to jeszcze wszystko przed nami! 😉

  5. Studnia Miodu

    Wspaniały sposób na rodzinne, aktywne spędzanie czasu! Ja co prawda bardziej wolę narty zjazdowe, ale biegówkom też nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa. Na przyszły rok możecie sprawdzić trasy po polskiej stronie, w górach izerskich – myślę, że bylibyście równie zadowoleni. ps. no, ale za tą przyczepkę na nartach to szacun!!!

    1. Tomek Gurdziołek (Post autora)

      Z przyczepką ciężej było tylko pod górę! 😉 A w Izery na pewno się wybierzemy! Połknęliśmy bakcyla na całego! 🙂

Dodaj komentarz