Istryjskie pagórki – przez Motovun nad morze

Przed wyjazdem z miasta odwiedzamy jeszcze zamek położony na skraju wielkiej otchłani – wąwozu Pazińskiego, który robi na nas duże wrażenie. Będąc w okolicy – polecam zajrzeć i przejść się ścieżką prowadzącą po ścianach wąwozu.

Wąwóz PazińskiWyjazd z Pazina w kierunku Poreca prowadzi nas pod górę. Mimo, że do rozjazdu na lokalną szosę nie jest daleko, to dość duży ruch samochodowy trochę nas męczy.

Pierwsze podjazdyOdbijamy w kierunku Motovunu. Ruch robi się zdecydowanie mniejszy, ale górki większe. 😉 Spokojnie więc jedziemy i stopniowo nabieramy wysokości. Popołudnie powolutku się kończy – czas zacząć myśleć o noclegu. Rzut oka na mapę – do Motovunu nie pojedziemy najkrótszą drogą – odbijamy na północny wschód – na mapie widać ciekawą drogę prowadzącą grzbietami niskich gór, które są przed nami. Po minięciu kilku uroczych wiosek zaczynają się lasy.

W jednej z wiosek na trasieZmierzch już jest bliski, po kilkunastu minutach poszukiwań znajduję małą polankę, gdzie rozbijamy nasz pierwszy biwak. Niestety o wodzie w pobliżu musimy zapomnieć, zadowalamy się tym co mamy w butelkach. Z reguły mamy ze sobą 3 butelki półtoralitrowe, ale nie zawsze udaje się je napełnić tuż przed noclegiem. Pierwszy dzień, jeszcze jesteśmy świeży :P, więc praktycznie całą wodę (poza tą do umycia zębów) przeznaczamy na cele kulinarno – konsumpcyjne 😉 Wieczór i noc nie należą do najcieplejszych – termometr odnotowuje minimalną na poziomie 2 stopni na plusie.

Namiotowe zabawyPo zimnej nocy nadchodzi jednak bezchmurny poranek i słońce nagrzewa szybko powietrze do kilkunastu stopni. 🙂 Ze śniadaniem wychodzimy więc w plener.

Rewelacyjny patent Moni - kombinezon przeciwdeszczowy dla Lilki w roli śliniaka ;)

Okazuje się, że poranne grzebanie się na biwaku i jego zwijanie zabiera nam baaaardzo dużo czasu. Najpierw po pobudce godzinka w oczekiwaniu na nieco wyższą temperaturę poza namiotem, potem wygrzebujemy się ze śpiworów i ubieramy. Dochodzą do tego czynności śniadaniowe, nocnikowe i zabawowe, w końcu pakowanie połączone z pilnowaniem wszędobylskiej Lilki. Sumarycznie 3 do 4 godzin. Ale kto nas goni? Nikt przecież 😉 Tuż przed południem ruszamy w trasę. Mocno świecące słońce zdecydowanie poprawia nasze nastroje. A jeśli do tego dochodzą śliczne, w sumie przedwiosenne jeszcze widoki, to już jest pełnia szczęścia.

Słoneczko! Po grzbiecie Świetna widokowa droga!Droga grzbietami jest rewelacyjnym wyborem. Praktycznie cały czas podziwiamy rozległe panoramy, których nawet nie są w stanie przesłonić nieulistnione jeszcze o tej porze roku drzewa. W którejś z wiosek po drodze napotykamy rozjazd w naszym pierwotnym kierunku.

 Motovun coraz bliżejA po kilkuset metrach już widzimy nasz cel na najbliższe popołudnie.

Motovun - miasteczko na odizolowanym wzgórzuMotovun w pełnej krasie

Przed nami karkołomny zjazd – nachylenie jest przez prawie cały czas dwucyfrowe, a momentami osiąga 15-16%. Dobrze, że jedziemy w dół. 😉 W drugą stronę z naszą kondycją i obciążeniem raczej bym tej drogi nie widział… Ale kierunek jest słuszny – pędzimy! 😀 W pewnym momencie trafiamy na przydrożny kran z ujęciem wody, który jest idealnym pretekstem do urządzenia postoju i małego popasu. No i oczywiście chwili relaksu dla Lilki 😉

Relaks w ciepłych promieniach słońca

Koniec relaksu

Jak się posilamy, to oczywiście wszyscy!

Po tych błogich chwilach ruszamy w kierunku wzgórza, na którym wzniesiono Motovun i rozpoczynamy wspinaczkę.

Chyba podjazd nie taki straszny

Znaki straszą, ale na liczniku maksymalnie pokazuje się 8-9%

No dobra, ostatnie metry – już w samym starym Motovunie okazują się być ciężkie – odpuszczamy jazdę stromą brukowaną uliczką, nie ma sensu się mocować z obładowanym rowerem na nierównych kamiennych blokach. Po szybkim spacerku przez serce miasteczka (naprawdę jest bardzo małe) postanawiamy zakosztować lokalnego specjału – trufli, które są tutaj przyrządzane na wiele sposobów.

Panorama Motovunu

Zwiedzamy

Przystawki podano

Po sutym obiadku opuszczamy tę uroczą miejscowość. Na wyjeździe okazuje się, że działa tutaj jedyny w centrum wyspy kemping, w dodatku, w przeciwieństwie do kempingów nadmorskich, otwarty cały rok! Patrzymy na siebie – nieee, kempingi to ostateczność, póki co jest fajnie! 😉

Przed wyjazdem dostałem wiadomość od miejscowej osoby, że na Istrii jest udostępniony dla pieszych i rowerzystów nieczynny szlak kolejowy z Triestu do Poreca, zwany od włoskiej nazwy drugiej z miejscowości – Parenzaną. Bardzo ciekawa opcja, ale byłem nieco sceptyczny, gdy doczytałem, że trasa tego szlaku jest szutrowa. Dla naszej niespełna rocznej Lilki mogło to oznaczać za duże wyboje i wstrząsy. Ale skoro przebiegał on przez Motovun, czemu by nie sprawdzić i spróbować?

Początkowo trasa Parenzany, mimo, że szutrowa, jest bardzo przyjemna

Jednak gdy na drodze staje zakaz wjazdu samochodów, jej nawierzchnia przestaje być taka piękna i gładka - zmienia się w typową, wyboistą szutrkówkę

Po przejechaniu kilku kilometrów Parenzaną dochodzimy do wniosku, że na dłuższą metę taka jazda będzie dla Lilki zbyt obciążająca i wracamy na asfalt. Zbliża się osiemnasta, co oznacza bliski zachód słońca. Trzeba rozejrzeć się za noclegiem. Wracamy w dolinę rzeki Mirny i zaraz za wioską Livade znajdujemy zaciszne miejsce nad kanałem biegnącym równolegle do rzeki. Po przeciwnej stronie przy samym kanale jest małe źródełko – zapewne wody zgromadzonej w rozległych łęgach za kanałem. Mamy więc wodę kąpielową, co jest dla nas miłą niespodzianką. Przyzwyczajamy się, że w nocy trzeba trochę mocniej zaciągnąć kaptur śpiwora na głowie, zresztą rankiem nie jestem pewien, czy rosa na trawie chwilę wcześniej nie była jeszcze szronem. Ale znów poranne słonko robi nam dobrą robotę i śniadanko możemy zjeść przed namiotem.

 Biwak nad kanałem  Poranna krzątanina na słońcuKolejny dzień jazdy nie jest zbyt ciekawy – droga boczna, która na mapie jest zaznaczona jako asfaltowa, okazuje się w naturze „macadamem” – czyli wapienną, białą szutrówką. Przy pierwszej sposobności odbijamy na główną szosę wzdłuż doliny Mirny i tą drogą docieramy popołudniem do Novigradu. Na szczęście ruch samochodowy jest znikomy, w przeciwnym wypadku ta droga długo śniła by się nam po nocach.

Pustki na drodze do NovigraduW Novigradzie zatrzymujemy się na pizzę i dalej kierujemy się wzdłuż wybrzeża na południe. Zaraz za Antenalem witamy się z Adriatykiem i natrafiamy na malowniczą groblę przy ujściu Mirny, która z morskiej zatoki utworzyła płytkie stawy, w których brodziły czaple.

 Tego wieczora dogodne miejsce na biwak znów udaje się znaleźć bez trudu. Zaraz za groblą w lesie wypatruję stary kamieniołom. Gdzieniegdzie jest trochę zaśmiecony, ale po chwili poszukiwań udaje się znaleźć przytulny zakątek. Generalnie odnoszę wrażenie, że na Istrii, tam gdzie docierają ludzie, tam wszędzie można znaleźć dużo śmieci. Podobne wrażenia mam z pozostałych krajów bałkańskich, no może oprócz Słowenii, która według mnie jest miejscami bardziej austriacka niż bałkańska.

Biwak w opusczonym kamieniołomie Przy ognisku cieplej! :)

 Czytaj dalej…

6 Komentarzy

  1. justabrr

    Ekstra, bardzo mi sie podoba Wasze wydanie tej wycieczki! Zupełnie inne niz nasze, przedwiosenne i na dziko 🙂 My obawialiśmy się kontroli w sezonie, a ze był to nasz pierwszy wyjazd z dzieckiem pod namiot, to i nocnych pobudek. I jeszcze czas poświęcony na szukanie noclegu…ale widac, Wy macie wprawę! Oj, nas tez Parenzana mocno zmęczyła i potem już nie zapuszczaliśmy sie na „tarkę”.

    1. tomzoo

      Dzięki! 🙂 Nam też się bardzo podobało to wydanie 😉 Szczególnie po dwóch latach bez wakacji rowerowych. Co do spania „w naturze” to znalezienie dobrej miejscówki nie jest tak trudne jak się wydaje. Jakby co, zapraszamy na wspólne praktyki 😀

  2. Pingback: W poszukiwaniu wiosny - rowerowa Istria - Podróże ku naturze

  3. giery

    Wspaniale się czyta Waszą wyprawę po Istrii, tym bardziej, że już za parę dni też jedziemy m. in do Motovun pojeździć po tamtejszych szlakach rowerowych, których jest niemało!
    Wyprawa bardzo odważna, wczesną porą, z mała córką i pod namiotami! Szacunek! Ale czytając również Waszą wyprawę po Słowenii (REWELACJA, zdjęcia miodzio) widać, że to dla Was nie pierwszyzna.

    1. tomzoo (Post autora)

      Dzięki! Faktycznie to już jeździmy dużo dłużej, tylko czasu brak na uzupełnianie wpisów archiwalnych. A Istrię wspominamy bardzo pozytywnie, fajne miejsce i na rodzinne wycieczki jak i na „mocniejsze” pojeżdżenie 🙂
      Udanego wyjazdu!

  4. giery

    Prowadzenie strony jest bardzo czasochłonne, pomysłów w głowie pełno, ale czasu brak na jej aktualizację, coś o tym wiem… Mimo wszystko chciałbym Cię zdopingować do dalszego pisania, bo fajnie się relację czyta, a i inspirację dla innych dajesz. W moim przypadku Słowenia jest tego przykładem:)

Dodaj komentarz