Jesioniki z przyczepką

Jesioniki, z najwyższym szczytem tego pasma, Pradziadem na czele, kiedyś już odwiedziłem rowerem. Było to na tyle dawno, że już prawie nie pamiętam tego wyjazdu. Może poza faktem, że akurat w dniu, gdy wjechałem na Pradziada, była strasznie gęsta mgła i oprócz ledwie widocznych zarysów wieży nic nie zobaczyłem ze szczytu.

Pomysł powrotu w Jesioniki powstał spontanicznie, gdy Ala wyjechała do dziadków na wakacje. Postanowiliśmy wtedy z Monią po raz pierwszy od narodzin Lilki zmierzyć się z górskimi szlakami. Mieliśmy na to trzy dni. Gdy popatrzyłem na mapę, w głowie jako jedna z pierwszych zaświtała mi myśl – podjechać z Lilką w przyczepce na Pradziada, to będzie to!

W piątek z samego rana wyjechaliśmy z domu samochodem do Głuchołazów. Tam zostawiliśmy samochód na ulicznym parkingu i po sprawnym zapakowaniu się na rowery ruszyliśmy w trasę. Do granicy było kilka kilometrów, trzeba było tylko pokonać mały podjazd na wyjeździe z miejscowości. Po naszej lewej na pierwszym planie dumnie górowała nad okolicą Biskupia Kopa, najwyższy szczyt Gór Opawskich. Zaraz za opuszczonymi budynkami straży granicznej przywitały nas Zlate Hory. Małe, senne, ale jednocześnie bardzo przyjemne miasteczko. Tak przynajmniej wyglądało z perspektywy głównej ulicy, którą przez nie przejechaliśmy. Na wylocie z miasteczka, tuż za ostatnimi domostwami zjechaliśmy z głównej szosy w wąską asfaltówkę biegnącą w kierunku ruin zamku Edelstejn. Z mapy widać było, że będzie mocno pod górę. Ale wąska i zamknięta dla ruchu samochodowego szosa zachęcała – skutecznie. Kilkaset metrów od skrzyżowania nachylenie zaczęło robić się coraz większe, cztery, sześć, osiem… momentami na liczniku dochodziło do dziesięciu procent. Oj, ciężko! Z przyczepką dawno już takich podjazdów nie zdobywałem. Ale najważniejsze, że się turlaliśmy!Pierwsze konkretne podjazdyMozolnie, acz konsekwentnie przemieszczaliśmy się do przodu. I co najważniejsze – jednocześnie do góry. Po prawie godzinnym podjeździe dojechaliśmy do ławeczek przy zbiegu szlaków, z których jeden – pieszy – wiódł do ruin zamku.

Chwila odpoczynkuPoczekaliśmy chwilę, aż Lilka się obudzi (mieliśmy szczęście – nie trwało to długo), zostawiliśmy rowery samopas przy ławeczkach i wybraliśmy się na spacer w poszukiwaniu śladów historii. Niestety, nie znaleźliśmy ich zbyt wiele. Jedyne, co się ostało z dolnego zamku, to fundamenty i resztki grubych murów na skraju skarpy. Za to otaczający nas las był piękny. Bukowy. Chociażby dla niego warto było się tutaj przespacerować. Wróciliśmy do rowerów tą samą ścieżką i po przekąsce ruszyliśmy w dalszą drogę. Po chwili jazdy podjazd się skończył więc w końcu można było spokojnie pooddychać czystym górskim powietrzem i nacieszyć się widokami. W trakcie zjazdu szutrówką natknęliśmy się na sanktuarium maryjne położone w środku lasu. Nowoczesna bryła nie bardzo przypadła nam do gustu więc bez żalu odpuściliśmy bliższe oglądanie i zjechaliśmy do głównej szosy. Mając do wyboru dalszą jazdę główną drogą (wyglądała na niezbyt ruchliwą) a prowadzącym równoległą do niej gruntówką szlakiem rowerowym oczywiście wybrałem drugą opcję. Szlak sprowadził nas  w dolinkę, w której rozpoczynało bieg kilka strumieni. Momentami na drodze pojawiało się trochę błocka, ale było całkiem przejezdne. Nawet na naszych cienkich oponach.

Czy to już błoto, czy jeszce nie błoto? Podczas wyjazdu z dolinki nie wiadomo skąd zleciały się gzy. Te urocze owady momentalnie zmotywowały nas do zwiększenia prędkości na podjeździe – mieliśmy już doświadczenie z tymi gryzącymi stworami i wiedzieliśmy, że trzymając tempo pieszego nasze szanse na bycie dziabniętym są praktycznie stuprocentowe.

Po powrocie na szosę dalej poszło już gładko. Szybki zjazd do Hermanovic, tam odwiedziliśmy lokalną knajpkę z nadzieją na knedliki lub inne czeskie przysmaki. Niestety, okazało się, że z czeskich przysmaków mają tylko te płynne. Cóż było robić, po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej. Słońce powoli zaczęło się chylić ku zachodowi, trzeba było porozglądać się za noclegiem. Po kilku kilometrach wjechaliśmy na szlak rowerowy, który skręcał ku dolinie Czarnej Opavy. I dalej, jak wynikało z mapy, prowadził do miejscowości Vrbno pod Pradedem, przed którą zamierzaliśmy zanocować. Byłem pewien, że jadąc wzdłuż rzeki, znajdziemy świetną miejscówkę. Okazało się jednak, że nad rzeką rozłożyło się letnie miasteczko – obozowisko i nie było tak cicho i bezludnie, jak mogłoby się wydawać. Przejechaliśmy kilka kilometrów w dół rzeki i trafiliśmy na wyglądającą na zapomnianą dróżkę biegnącą w górę strumienia wpadającego do Opavy. Skręciliśmy w tę dróżkę i po kilkuset metrach znaleźliśmy nad samym strumieniem bardzo przytulne miejsce na namiot.Wymarzona miejscówka. W lesie nad potokiemDo zmroku pozostało jeszcze wystarczająco czasu aby poeksperymentować z nowymi daniami opartymi przede wszystkim na kaszach, które zaczęliśmy wprowadzać do naszej kuchni wyprawowej. Tego wieczora na palnik poszła kasza gryczana niepalona gotowana w wodzie z dodatkiem koncentratu bulionu warzywnego (własnoręcznie przygotowanego przez Monię) oraz warzyw i tuńczyka. Mniam! Zaraz po kolacji Lilka zaczęła robić się senna, więc razem z nią zatopiliśmy się w śpiworach i momentalnie odpłynęliśmy kołysani delikatnym pluskaniem potoku…

Spotkanie z Pradziadem

Miło zacząć dzień od drogi w dół. Wąska asfaltówka przez las doprowadziła nas do Vrbna pod Pradedem. Nim jednak dojechaliśmy tam, z naprzeciwka minęło nas kilka dużych grup rowerzystów. Faktem jest, że u nas turystyka rowerowa staje się coraz bardziej popularna, ale jednak ciągle musimy gonić Czechów pod tym względem.

Jako, że Vrbno miało być ostatnią dużą miejscowością przed wjechaniem w góry, zatrzymaliśmy się przed marketem i wskoczyłem na chwilę na zakupy. Kupiłem trochę pieczywa, słodyczy i wodę. Resztę mieliśmy ze sobą. Na taki krótki wyjazd zabraliśmy prowiant zasadniczo na całość trasy, tak, aby niepotrzebnie nie tracić czasu na zbaczanie ze szlaku, zresztą w weekendy sklepy w Czechach rzadko są otwarte.

W trakcie moich zakupów Monia z Lilką uznały, że nie ma sensu czekać na tatę bezczynnie…

W oczekiwaniu na powrót taty ze sklepuPrzed ruszeniem spod marketu spojrzałem na mapę, z sakramentalnym pytaniem – którędy by tu dalej. Na Pradziada można było wjechać w dwojaki sposób. Biegnącą ze wschodu szosą oraz szlakiem terenowym prowadzącym od zachodniej strony. Szosą już wjechałem, pomyślałem więc, czemu by nie spróbować szlakiem terenowym? Tym bardziej, że lepiej podjeżdżać terenem niż nim zjeżdżać. Szczególnie z dzieckiem w przyczepce. Ruszyliśmy. Do miejscowości Vidly droga wiodła wzdłuż potoku – lekko pod górę. Ale stamtąd dalej – na Videlske Sedlo, zaczęło się. Poczułem, że to był podjazd na miarę moich możliwości z przyczepką. Pierwsza tego dnia walka o przekręcenie korby na najlżejszym przełożeniu. Jednak nie poddałem się, udało się wtoczyć na przełęcz. Tam po porządnym posiłku regeneracyjnym urządziliśmy sobie kilka chwil relaksu na kocyku.Odpoczynek na Videlskym SedleZ mapy wynikało, że aby dotrzeć na Pradziada szlakiem terenowym, trzeba przetrawersować się na Červenohorské Sedlo, które położone było niecałe 100 metrów wyżej od przełęczy Videlskiej, na której się znajdowaliśmy. Po odpoczynku zjechaliśmy z szosy na wąską asfaltową stokówkę. Trakt prowadził nas raz lekko pod górkę, raz lekko z górki. Świetnie! Błogo się jechało, soczysta zieleń reglowych lasów nas hipnotyzowała. Jednak, ta sielanka nie mogła trwać wiecznie… Przed nami wyrósł podjazd. I to nie byle jaki – dwieście metrów do góry przy nachyleniu często dochodzącym do 10-11%. Powolutku, ale dawaliśmy radę. Muszę przyznać, że chyba jednak tak źle nie jechaliśmy, gdyż nie obciążeni żadnymi bagażami rowerzyści wyprzedzali nas bardzo powoli, nie kryjąc słów uznania dla nas. W końcu dotarliśmy do wypłaszczenia. Byliśmy już ponad 1200 m nad poziomem morza, czyli do naszego celu – Pradziada – zostało niecałe 300 m do góry? Nic bardziej mylnego. Przed nami roztaczał się wspaniały, rozległy widok na okoliczne góry i… zjazd. Ile zjedziemy, tyle nam dojdzie na podjazdach. Ale w końcu po to się jeździ w góry, czyż nie??? Zanim się rozpędziliśmy, napotkaliśmy strumyk, z którego uzupełniliśmy zapasy wody na resztę dnia. Cudownie było przy okazji w tak gorący dzień zamoczyć koszulkę w lodowatym strumieniu i natychmiast włożyć ją z powrotem na ciało. Murowana ulga na co najmniej pół godziny! 😉Źródlana woda jest pyszna i orzeźwiająca!Ciężsi o kilka litrów wody ruszyliśmy w dół. Świetnie się jechało, tym bardziej, że od pewnego momentu pojawił się asfaltowy dywanik. Pełen komfort!

Asfalt na zjeździe z przyczepką to jest to!Tak się zapamiętaliśmy w naszym zjeździe, że przegapiłem odbicie szlaku w boczną dróżkę prowadzącą pod górę. Co zrobić, dzięki temu dostaliśmy 2 kilometry pod górę więcej. A tak fajnie się zjeżdżało! Wróciliśmy niepyszni do rozstajów dróg i skręciliśmy we właściwą dróżkę wspinającą się ostro pod górę. Nierówna ścieżka nie ułatwiała nam i tak trudnej z powodu nachylenia jazdy. W pewnym momencie pomiędzy drzewami zobaczyliśmy w oddali sylwetkę dużego schroniska czy nawet hotelu położonego na przełęczy Czerwonohorskiej. Było już bliziutko, a droga zaczęła opadać. Nagle w powietrzu rozległ się grzmot, a ponad schroniskiem zza góry wypłynęła wielka ołowiana burzowa chmura. Gdy stanęliśmy na przełęczy, zaczęły padać pierwsze wielkie krople. Czmychnęliśmy do wiaty autobusowej aby poczekać na rozwój wydarzeń. W ostatnim momencie. Z nieba lunęło jak z cebra. Na szczęście nie padało długo bo chmura zahaczyła nas tylko bokiem. W ostatnich kroplach deszczu wsadziliśmy Lilkę do przyczepki i ruszyliśmy na szlak. Szlak, który miał nas doprowadzić na sam szczyt Jesioników, na Pradziada.

Początek szlaku na Pradziada z Przełęczy Cervenohorskiej Miałem trochę obaw, czy szutrowo kamienista nawierzchnia szlaku po burzy nie będzie śliska, jednak było w porządku. Co jakiś czas trzeba było tylko ominąć sporą kałużę, to wszystko. Droga prowadziła nas dość łagodnie pod górę, nie trzeba było mocno się wysilać, aby jazda szła sprawnie. W końcu pomiędzy drzewami zaczęła majaczyć biała sylweta wieży wieńczącej szczyt Pradziada.

Ogromna wieża Pradziada jest widoczna z dalekaTen widok dodał nam otuchy że do szczytu musi być już całkiem niedaleko, jednak licznik uparcie wskazywał, że trzeba jeszcze podjechać ponad 400 metrów do góry. A swoje w nogach już mieliśmy. Ale póki co droga była sprzyjająca. Aż do Petrovki – wypłaszczenia, w którym spotykało się kilka szlaków. Od tego miejsca podjazd nagle zrobił się zdecydowanie bardziej stromy a na drodze pojawiły się kamienie, które mocno utrudniały jazdę. Monia odpuściła i zaczęła podprowadzać rower a ja jeszcze chwilę walczyłem z grawitacją i próbowałem podjeżdżać. Jednak niezbyt długo. Przed nami wyrosła taka ścianka, że przednie koło albo tańczyło na kamieniach albo odrywało się od podłoża i mój rower odmówił wszelkiego posłuszeństwa. Więc i ja skapitulowałem i zabrałem się do wpychania równo z Monią.

Najtrudniejsze chwile wyjazduBardzo nie lubię wpychać roweru pod górę, szczególnie z pełnym ekwipunkiem i przyczepką, ale cóż było robić… Najgorsze trzy kilometry szlaku wdrapywaliśmy się przez godzinę. Turystów było mało, ale gdy spytałem jednego schodzącego w dół, jak daleko jeszcze taka stromizna będzie, odpowiedział: „Jeszcze kawałek i będzie dobrze. Tylko, że droga to nie problem, muchy to problem!” No i faktycznie, po niedługim czasie dotarliśmy do znajdujących się na małym wypłaszczeniu mokradeł, gdzie muchy dosłownie chciały nas zjeść. Salwując się ucieczką (o ile można nasze wdrapywanie się tak nazwać) w końcu pokonaliśmy najtrudniejszy odcinek. Z zachodu widać było jak nadciągają ciężkie chmury. Przez myśl zaczęły mi przychodzić do głowy pomysły, czy by się gdzieś nie zabunkrować na noc pomiędzy płatami kosodrzewiny, jednak deszcz nie nadchodził, więc parliśmy przed siebie. I oto dotarliśmy do Švýcárni, schroniska górskiego. Była woda, było jedzonko ale… nie można było przenocować. Wszystko zajęte. Ale była też dobra nowina. Od tego momentu do samego szczytu czekał nas asfalt! Czyli już prosto na szczyt bez przygód? Nabraliśmy wody i poganiani kroplami deszczu pojechaliśmy dalej.

Jesioniki nasze! Pradziad nasz!Deszczyk chwilę popadał, ale tak naprawdę to nawet porządnie nas nie zdążył zmoczyć. Ostatnie skrzyżowanie pod szczytem, ostatnia prosta, ostatni zakręt i dotarliśmy! Udało się! Wszystkie trudy tego dnia nagle zostały gdzieś daleko w dole, nie myśleliśmy o późnej już godzinie i czekającym nas poszukiwaniu noclegu. Przecież stąd to już wszędzie z górki!

Żeby nie było, że nie wjechaliśmy!Popatrzyliśmy jeszcze sobie chwilę ze szczytu na skrawki zachodzącego słońca, które nagle zaczęło przebłyskiwać spomiędzy chmur. To była wspaniała nagroda za cały dzień wdrapywania się tutaj…

Wspaniały prezent na sam koniec dnia! Sielsko...Coraz większy chłód przypomniał nam jednak o tym, że czas już stąd się zabierać. Opróżniliśmy sakwy ze wszystkich ciepłych ciuchów, włożyliśmy je na siebie i ruszyliśmy w dół. Wiedzieliśmy, że porządny zjazd potrafi porządnie wyziębić. Nawet jak nie jest przesadnie zimno! Pustą szosą puściliśmy się w dół z zawrotną prędkością. Ach te serpentyny i ciasne zakręty… Można by tak bez końca! Nie minęło jednak 25 minut i naszym oczom ukazała się tablica oznajmiająca, że wjechaliśmy do Karlovej Studanki. Czemu zjazdy trwają zdecydowanie krócej niż podjazdy???

Przez Karlovą Studankę, małą perełkę Jesioników, po prostu przejechaliśmy, robiąc kilka fotek bez schodzenia z siodełka. Niestety, to już nie była pora na zwiedzanie. Trzeba było szukać noclegu.

Typowa zabudowa w Karlowvej StudankiZ uzdrowiska wyjechaliśmy szosą prowadzącą doliną Białej Opavy. Kilka kilometrów za miejscowością skręciliśmy w boczną gruntówkę prowadzącą w kierunku rzeki. I znaleźliśmy piękną miejscówkę. W świerkowym starodrzewiu tuż przy stromym brzegu rzeki w ciągu kilku minut na mchowym kobiercu stanął nasz namiot. Lilka była już tak śpiąca, że nie miała sił czekać na kolację. Usnęła momentalnie po karmieniu. A my już po ciemku przyrządziliśmy sobie obfitą kolację i zmyliśmy z siebie trudy i brudy całego dnia w orzeźwiającym potoku.

Drugi nocleg - nad Białą Opavą Żegnamy Jesioniki

Ranek przywitał nas słońcem, ale także chłodem i wilgocią. W lesie wszystko wprost ociekało od wody z wczorajszych deszczy. Jednak wszelkie znaki na niebie wskazywały, że czeka nas piękna słoneczna pogoda. Zająłem się przygotowaniem śniadania, a dla Lilki rozłożyłem kocyk przed namiotem, aby mogła trochę podokazywać na świeżym powietrzu. Oczywiście z kocyka skorzystaliśmy i my, jeść śniadanie w namiocie w tak pięknym miejscu byłoby nieporozumieniem. A na śniadanie, od pewnego już czasu tradycyjna na naszych wyjazdach – owsianka z owocami. Pycha!

Piknik o poranku Figle migle z mamą :)Po spakowaniu obozowiska i chwili zabawy z Lilką ruszyliśmy w drogę. Mokra szosa ogrzewana mocnymi promieniami słońca wprost buchała parą pod koła naszych rowerów. Pięknie się tak jechało, tym bardziej, że w dół z biegiem rzeki, prosto do Vrbna. To była już nasza druga wizyta w tej miejscowości na wyjeździe. Jednak i tym razem odpuściliśmy wszelkie atrakcje (jeśli jakiekolwiek były) i opuściliśmy Vrbno znaną z poprzedniego dnia trasą w kierunku miejscowości Vidly. Po kilku kilometrach zjechaliśmy na szutrówkę wiodącą w pasmo Orlika. Patrząc rankiem na mapę zauważyłem, że po wdrapaniu się na to pasmo całą dalszą drogę aż do Głuchołazów, czyli ponad dwadzieścia kilometrów, będziemy mieli z górki! Miłe zakończenie wycieczki, prawda? Mając tę wizję przed oczami ruszyliśmy pod górę. Szutrówka powolutku wspinała się wzdłuż głębokiej doliny, gdzieś po bokach zostały ruiny zamków. Mając w pamięci nasze lekkie rozczarowanie „okazałością” ruin widzianych przed dwoma dniami, postanowiliśmy odpuścić. Podjazd urozmaicaliśmy sobie przerwami na zbieranie poziomek, których przy drodze były całe połacie. Lilka aż wyglądała przez okienka przyczepki w nadziei na kolejną partię przysmaku! Oczywiście pośród tych postojów nie mogło zabraknąć obowiązkowego nocnikowania! Lilka od pewnego czasu weszła w komitywę ze swoim tronem, co na wyjazdach rowerowych owocowało dużo mniejszym zużyciem pieluch. Na naszym weekendowym wyjeździe może nie miało to tak dużego znaczenia, ale na dłuższych wyjazdach, gdy miejsce w sakwach było limitowane i mieliśmy ograniczoną przestrzeń na pieluchy, to zmniejszone zużycie miało często kluczowe znaczenie.

Przerwa techniczna - codzienny obowiązkowy punkt programu wycieczkiDolina z kilometra na kilometr stawała się coraz płytsza, tu i ówdzie pojawiały się pojedyncze skały, potok cicho szemrał z boku. To wszystko sprawiało, że podjazd wcale nie był uciążliwy i się nie dłużył.

W dolinie Białego PotokuW dolinie Białego PotokuGdy byliśmy już tuż tuż od szczytowych partii pasma, prowadzący nas szlak rowerowy skręcił w bardzo kamienistą, mocno pnącą się pod górę drogę. Cóż było zrobić. Znowu pchanko. Ale tylko chwilę, kilkaset metrów.

W Paśmie OrlikaPo tym odcinku kamienie zniknęły, podjazd złagodniał – oznaczało to, że byliśmy w najwyższym punkcie naszej drogi. Od tej chwili, wszystko to, co dzisiaj wypracowaliśmy na podjeździe, miało nam się zwrócić, i to z nawiązką!

W paśmie Orlika W paśmie Orlika W paśmie Orlika Po zjechaniu ze szlaku na szosę na pierwszej napotkanej polance przy rozstajach dróg urządziliśmy sobie regularny piknik. Siedząc na kocyku, wyciągnęliśmy wszystkie zapasy i zarządziliśmy półgodzinną sjestę. Wspaniale było odpoczywać w ciszy pośród bezkresnych górskich świerczyn… Lilka po jedzeniu zaczęła się robić śpiąca, więc zebraliśmy się w dalszą drogę. I znów szczęście się do nas uśmiechnęło. Na podjeździe szuter i kamienie, a na zjeździe… wąska leśna asfaltówka! I do tego to była droga o nachyleniu IDEALNYM! Prawie całą trasę do Rejviza zjeżdżaliśmy z prędkością 25-30 km/h ani nie kręcąc pedałami, ani nie hamując. I jeszcze te leśne krajobrazy dokoła… Nie do opisania – to trzeba samemu poczuć, tam na miejscu!

Tuż przed Rejvizem, słynącym z wielkich torfowisk w okolicy, musieliśmy przez kilkaset metrów trochę popedałować aby dojechać do głównej szosy. Jednak było małe pod górę. Ale tak samo nagle jak górka, przyszła za nią rekompensata. Ledwie minęliśmy tablicę oznajmiającą koniec miejscowości, szeroka szosa zaczęła gwałtownie opadać. Tutaj można było mocniej popuścić wodze fantazji i mniej kurczowo trzymać się klamek hamulców. Lilce taki obrót sprawy zdecydowanie się podobał, gdyż co chwila słyszałem za sobą radosne popiskiwanie. Zatrzymaliśmy się dopiero kilka kilometrów przed Zlatymi Horami w restauracji. Wyjazd do Czech bez skosztowania knedlików z gulaszem nie byłby prawdziwym wyjazdem do Czech.

Uff, restauracja uratowała prawdziwość naszego wyjazdu! 🙂 Knedliki w restauracji pod Zlatymi HoramiPokrzepieni jedzeniem, w Zlatych Horach poprawiliśmy jeszcze solidną porcją lodów. Taki miły akcent na koniec. To nas ostatecznie rozleniwiło. Na szczęście pozostało nam jeszcze tylko pokonanie granicy i kilka kilometrów do Głuchołazów, do naszego samochodu. To już nie było trudne, bo wciąż z górki… 🙂

To był wspaniały weekend.

Na koniec moje wielkie podziękowania za wspaniałe towarzystwo (choć szkoda, że bez Ali) dla moich dziewczyn. Dla Moni, że dała radę (nie gorzej ode mnie) na wszystkich trudnych momentach tras, a dla Lilki, że była wspaniałą pasażerką przyczepki, cierpliwą i pogodną przez cały czas.

A dla Was, czytających ten wpis, jeśli choć trochę lubicie jeździć po górach – gorąco naszą trasę polecam!

Pobieranie

 

Do zobaczenia na szlaku!

Tomek

8 Komentarzy

  1. rowerowy kRaj

    Dla niektórych sama trasa byłaby nie lada wyzwaniem, a Wy tak po prostu i to jeszcze z dzieciaczkiem w przyczepce!:) Szacunek 🙂 Pozdrawiam

    1. tomzoo (Post autora)

      Fakt, trasa do najłatwiejszych nie należała. Ale tak to jest, że jakość widoków i wrażeń z jazdy grzbietami jest nieporównywalnie większa niż z jazdy tylko dolinami. A my lubimy górskie wyzwania i zapierające dech w piersiach widoki! Odpowiednie przełożenia i (prawie) wszędzie da się podjechać 😉

  2. justabrr

    Ach! Kolejne wyzwanie za Wami 🙂

    1. tomzoo (Post autora)

      A ile jeszcze przed nami! 😉

  3. mikolajo

    Fajny wyjazd (choć ja się zmęczyłam samym czytaniem:-)). Lubię takie spontaniczne weekendy.
    No i czas z tylko jednym dzieckiem wykorzystany na maksa.

    1. tomzoo (Post autora)

      No ja wiem, że tekst nienajwyższych lotów, następnym razem postaram się bardziej 😉
      A wyjazd… Oby takich więcej! I najlepiej już w pełnym składzie 😀

      1. justabrr

        Tomzoo tekst ok, tylko długość nie pozwala go połknąc na raz 😉

        1. tomzoo (Post autora)

          Oj, przecież ponad połowa treści to zdjęcia 😉
          Ale skoro czytelniczki mówią jednym głosem, nie pozostaje nic innego jak wyjść na przeciw ich oczekiwaniom 😉

Dodaj komentarz