Lovcen i jezioro Szkoderskie

Przedpołudnie następnego dnia spożytkowaliśmy na zwiedzanie starówki Kotoru.

Zabytkowy Kotor Uliczki zabytkowego Kotoru Kotor - detale Spacerkiem po Kotorze

Dopiero w południe ruszyliśmy w szranki z naszym największym wyzwaniem tej wyprawy – podjazdem do mauzoleum Piotra Niegosza, króla Czarnogóry, które znajdowało się na jednym z dwóch najwyższych szczytów masywu Lovcen – na wysokości 1650 m n.p.m. Wąska droga wynosiła nas coraz wyżej i wyżej, aż w końcu zobaczyliśmy wszystkie trzy odnogi zatoki Kotorskiej.

Wznoszenie zacząć czas - panorama Kotoru Zaczynają się serpentyny Zaczynają się też widoki na Zatokę Kotorską Kącik literacko malarski wiecznie żywy! ;) I to jest już widok!

Droga nie była zbyt stroma, do tego nachylenie podjazdu było bardzo jednostaje, jechało się bardzo przyjemnie.

Podjazd bez końca Dokoła wszędzie góry

Dopiero po odbiciu w boczną drogę prowadzącą na przełęcz pomiędzy Šturovnikiem a Jezerskim vrchem zrobiło się stromo. Na zjeździe w boczną drogę musieliśmy kupić bilety wstępu, gdyż masyw Lovćenu jest objęty ochroną jako park narodowy. Przed wieczorem zaczęła nam się kończyć woda, a nie było już nigdzie żadnych domostw, gdzie można by było ją uzupełnić. W końcu w ostatnich promieniach słońca dotarliśmy do przełęczy. Przed nami była już tylko droga na sam szczyt do mauzoleum, ale ze względu na zbyt późną porę odpuściliśmy i zostawiliśmy ten punkt na następny dzień. Odjechaliśmy terenem w bok od szosy i znaleźliśmy osłoniętą drzewami w miarę płaską polankę, w sam raz na namioty. Wokoło leżały jeszcze pozostałości zimy – płaty śniegu – więc o wodę nie musieliśmy się już martwić. Wystarczyło ją tylko wytopić i zagotować w menażce.

Štirovnik - najwyższy szczyt pasma Lovćen Nocleg pomiędzy Štirovnikiem a Jezerskim vrhem Na tym noclegu wodę wytapiamy ze śniegu Wszechobecne krokusy "Sucha" umywalnia ;)

I kolejny dzień przywitał nas słońcem. Podjechanie do parkingu pod samym szczytem nie zajęło nam zbyt dużo czasu. Tam zostawiliśmy rowery same sobie i schodami podeszliśmy do mauzoleum. Pogodę mieliśmy wymarzoną na podziwianie rozległych widoków rozpościerających się ze szczytu. Teraz mieliśmy jak na dłoni praktycznie całą Czarnogórę. Od Durmitoru po Prokletje i jezioro Szkoderskie.

Im bliżej sztytu Jezerskiego vrhu, tym więcej śniegu Ala szeleje na widok śniegu! Rowerem dalej już nie pojedziemy Tunel do mauzoleum Piotra Niegosza Na szczycie Jezerskiego vrhu - mauzoleum Mauzoleum Piotra Niegosza na Jezerskim vrhu Widok z Jezerskego vrhu na Štirovnik Nasza ekipa na Jezerskim vrhu A pod nami cała Czarnogóra

W sumie to mieliśmy bardzo duże szczęście, gdyż droga na sam szczyt została odśnieżona kilka dni wcześniej i na ostatniej prostej zalegały jeszcze kilkumetrowe hałdy śniegu.

Na północnych skłonach góry śniegu jeszcze dostatek

Samo mauzoleum, nie wiedzieć czemu, było tego dnia zamknięte, mimo, że to był akurat dzień świąteczny w Czarnogórze. Ale zbytnio nas to nie martwiło – to, co widzieliśmy dokoła siebie i tak już było w zupełności wystarczające do wprawienia nas w zachwyt. A przed nami rysowała się jeszcze wspaniała perspektywa. Po ubiegłodniowym podjeździe czekał nas kilkunastokilometrowy zjazd do Cetyni, i podobnie dalej do Rjeki Crnojevićy, miejscowości położonej kilkadziesiąt metrów nad poziomem morza.

Zjazd do Cetyni to była rowerowa poezja sama w sobie. Szybkie zakręty, mało hamowania i prawie zero pedałowania.

Wspaniały zjazd z Lovcenu w kierunku Cetyni Droga do Cetyni

W mieście zrobiliśmy zakupy, odwiedziliśmy przestronne zabytkowe centrum i zjedliśmy porządny obiad. Rozmowy z kelnerem zapadną nam głęboko w pamięć. Spodobało mi się to miasteczko. Bo w sumie takie określenie najbardziej pasowało mi do byłej stolicy Czarnogóry.

Cetynia - cerkiew na Cipuru Monastyr Cetyński Kosztujemy lokalne specjały Ucztujemy

Po sjeście zaliczyliśmy kolejny zjazd – to niesamowite, jak w przeciągu tego dnia zmieniały się krajobrazy i klimat. Rankiem jechaliśmy drogą wyciętą w ogromnych hałdach śniegu, a popołudniu pedałowaliśmy wzdłuż leniwej rzeki otoczonej winnicami na pagórkach. Przed wieczorem zjechaliśmy z drogi do wioski składającej się z kilku domostw. Zapytany o możliwość noclegu mężczyzna zaproponował nam rozbicie namiotów w swojej winnicy. Ostrzegł nas tylko, żeby za bardzo nie chodzić po krzakach i wysokich trawach ze względu na kleszcze. I zostawił nam butelkę swojego wina na dobry sen.

Rijeka Crnojevica - zabytkowy most Nocleg w winnicy nieopodal Rijeki Crnojevicy Rankiem obudził nas warkot samochodu. Do naszego gospodarza przyjechało dwóch mężczyzn z jego rodziny, którzy zamierzali pomóc mu w pracach w winnicy. Oczywiście na przywitanie starszy z nich wyciągnął karafkę i kieliszek, co poprawiło nam i tak już bardzo dobre humory.

Czynię honory z gospodarzem

Pożegnaliśmy się serdecznie i ruszyliśmy w drogę. Słońce szybko nagrzało powietrze do temperatur, do których zupełnie nie byliśmy przyzwyczajeni będąc w górach. Pot lał się z nas ciurkiem. Ale nagrodą za tę niedogodność były jakże odmienne od wszystkich dotychczasowych widoki na rozlewiska jeziora Szkoderskiego i otaczające go góry. Mimo że byliśmy na poziomie 100-200 m n.p.m. to otaczające nas góry nie pozwalały zapomnieć, gdzie jesteśmy. Przed miejscowością Virpazar zaliczyliśmy nawet serpentyny z 200 na 15 m n.p.m.

Pierwsze widoki na jezioro Szkoderskie Nad jeziorem Szkoderskim Jezioro Szkoderskie W drodze Gdzie nie spojrzeć - góry Jezioro Szkoderskie Samotna kapliczka nad jeziorem Szkoderskim Jezioro Szkoderskie a za nim Prokletje - Góry Przeklęte

W Virpazarze chcieliśmy dla Ali znaleźć jakiś plac zabaw, których braku doświadczała już od ładnych kilku dni. Niestety nawet przy siedzibie Parku Narodowego Jeziora Szkoderskiego nic nie było. Rekompensatą za to były pyszne lody, które znacząco poprawiły morale najmłodszej części naszej kompanii. Z Virpazaru chwilę jechaliśmy wzdłuż jeziora Szkoderskiego, które o tej porze roku ma wysoki stan wody i przykrywa rozległe tereny zalewowe, które stanowią 20-30% jego powierzchni. Później w ciągu lata poziom wody opada i obszar jeziora ulega znacznemu zmniejszeniu.

Smakowite drogowskazy Basenoboisko Góry Prokletje zdają się wyrastać z jeziora Szkoderskiego

Po kilku kilometrach odbiliśmy w starą drogę przez góry, którędy podążyliśmy w kierunku Baru, celu naszej podróży. Drogą tą, od kiedy wybudowano tunel przez góry, oprócz lokalnych mieszkańców nikt nie jeździł. Pasmo Rumija, które mieliśmy do pokonania, było zupełnie inne od wszystkich wcześniej mijanych. Pierwszy raz na naszej trasie pojawiły się strumyki, w których można było zaczerpnąć wody i się wykąpać.

Na starej drodze do Baru Ala znajduje na poboczu żółwia Tu już droga nie pamięta czasów swojej świetności ;)

Przy tej temperaturze to była wielka radość. W trakcie podjazdu przyjrzałem się uważniej mapie i naszej drodze. Okazało się, że oprócz przełęczy położonej na 800 m n.p.m. jest też alternatywna dróżka zaznaczona przerywaną linią. To był tunel. I to całkiem długi, bo mierzący ponad kilometr. Dodatkową jego zaletą było to, że przebiegał o 150 m niżej od przełęczy. Więc czekała nas dodatkowa atrakcja. Przed wjazdem doń ubraliśmy się ciepło – co w trakcie przejazdu okazało się jak najbardziej zasadne. W tunelu było poniżej 10 st. C. Sam tunel też był ciekawy – jego gabaryty pozwalały na przejechanie tylko jednego samochodu, więc w czasach jego świetności możliwy był tutaj tylko ruch wahadłowy. W środku było ciemno i mokro, tak więc jazda dostarczała nam sporo adrenaliny. Ale udało się go pokonać bez żadnych przykrych niespodzianek.

Tunel pod przełęczą

Zaraz za tunelem odkryliśmy zrujnowany ośrodek wypoczynkowy w lesie. Obok przepływał strumień, więc miejsce i pora na biwak były wyśmienite, gdyż słońce chyliło się już ku horyzontowi. Na głównym trawiastym placu mieliśmy mnóstwo miejsca na rozbicie namiotów. Znalazło się też trochę chrustu aby rozpalić pożegnalne ognisko, ostatni wieczór trzeba było spędzić z honorami.

Rano nie spieszyliśmy się zbytnio, do Baru zostało nam zaledwie dwadzieścia kilka kilometrów – i to praktycznie cały czas z górki. Z naszej miejscówki widać było jak na dłoni zabudowania Baru i Adriatyk.

Okolice Baru

Po godzinie jazdy już byliśmy w Barze. Pierwsze kroki skierowaliśmy na dworzec kolejowy, aby ustalić plan powrotu do Mojkovaca. Gdy to już mieliśmy opanowane, ekipa zapragnęła chociaż symbolicznie zanurzyć się w morzu, więc podjechaliśmy na plażę. Po godzinie wylegiwania się i moczenia w słonej wodzie pojechaliśmy na zakupy i ostatecznie na dworzec.

W Barze kończymy naszą rowerowwą część wyjazdu.

Przejazd pociągiem odbył się bez żadnych problemów, jedynie jakiś nadgorliwy pasażer koniecznie chciał wysiąść drzwiami, które były zatarasowane naszymi rowerami. Ogólnie sama jazda pociągiem przez Czarnogórę była atrakcją samą w sobie, gdyż trasa jest bardzo widokowa – wiedzie wieloma wysokimi wiaduktami i tunelami.

Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy do Mojkovaca. Początkowo chcieliśmy odpocząć przed jazdą i znaleźć miejsce na biwak w okolicy. Jednak ostatecznie zrezygnowaliśmy z biwakowania i wróciliśmy do samochodu się zapakować. Przespaliśmy się w małym moteliku w Bijelo Polju przed granicą z Serbią i rankiem następnego dnia ruszyliśmy w drogę powrotną do Polski. Z naprawdę wielkim żalem i mocnym postanowieniem powrotu…

Dodaj komentarz