Na szosowy dach Słowenii – pod Mangart

Wyjeżdżając z kempingu ujrzeliśmy, nad jakim pięknym potokiem spaliśmy. Poprzedniego dnia po burzy jakoś nie myśleliśmy zbytnio o widokach. Ale jak tylko wyszło słoneczko, od razu świat stał się inny 🙂

DSC_5190

 Ruszyliśmy w stronę Boveca. Jako, że była sobota, trzeba było znaleźć jakiś sklep i zrobić zakupy na dwa dni. Bo w niedzielę nie ma co myśleć o robieniu zakupów, no chyba, że na stacji benzynowej…

Jadąc po słoweńskich szosach mimo, że ruch miejscami był dosyć intensywny, nie czuliśmy zbyt dużej presji ze strony kierowców. Jeździli dość rozważnie i z reguły nie wyrywali się z wyprzedzaniem na trzeciego. W sumie bardziej po austriacku niż po bałkańsku, można by rzec 😉

W miejscach, gdzie odbywał się większy ruch kolarski (bo w Słowenii większość napotkanych rowerzystów to właśnie szosowcy) często były ustawione duże tablice zwracające na tych użytkowników uwagę.

DSC_5192

W Bovecu znaleźliśmy market tuż przed jego zamknięciem (godz. 14). Szybkie zakupy, potem jeszcze tylko nabranie paliwa na stacji i byliśmy zaopatrzeni na weekend. Wylotówka z Boveca w stronę granicy z Włochami zapewniła nam naprawdę piękne widoki…

DSC_5194

No i ruszyliśmy w góry. Było już dość późno, więc jako cel dnia obrałem przełęcz Predel na ok. 1100 m n.p.m. znajdującą się niecałe dwa kilometry od skrzyżowania z drogą wspinającą się pod Mangart.

DSC_5201

Droga wspaniale wiła się po stokach doliny, ruch samochodowy prawie zamarł – można było się delektować ciszą i górskimi widokami.

DSC_5203 DSC_5208

Za miejscowością Log pod Mangartom wyjechaliśmy z lasu i widoki na góry otworzyły się ze wszystkich stron. Ale też nachylenia zaczęły rosnąć i trzeba było zacząć mocniej napinać łydy.

DSC_5209 DSC_5210 DSC_5212 DSC_5220

 W końcu niedługo przed zachodem słońca dotarliśmy do naszego celu – skrzyżowania z drogą pod Mangart. Most, który widać poniżej, został wybudowany kilka lat temu – stary znajdujący się nieopodal został zmieciony przez osuwisko skalne, które wyrządziło tu duże spustoszenia. Oprócz mostu osuwisko zabrało ze sobą kilka początkowych kilometrów drogi. Nowa droga – jak pokazywał znak – miała maksymalne nachylenie rzędu 22%. Przez chwilę naszła nas wątpliwość, czy w ogóle powinniśmy się tam pchać?

Co za głupie pytanie! Przecież właśnie po to tutaj przyjechaliśmy! Najwyżej, jak nie damy rady, zawrócimy – bo i tak droga jest ślepa.

DSC_5223

Rzut oka na głęboką boczną dolinę – ciężko by tam było znaleźć miejsce na nocleg. Podjechaliśmy więc kawałek w kierunku przełęczy Predel, przez którą przebiegała granica słoweńsko włoska. Na samej przełęczy stał budynek byłego posterunku granicznego, w którym obecnie znajdowała się restauracja i zajazd. Nabraliśmy tam wody i zaczęliśmy zjeżdżać na stronę włoską. Po kilkuset metrach las się przerzedził i po lewej stronie ujrzeliśmy ruiny opuszczonego fortu. W forcie nie chcieliśmy się rozbijać, więc zaszyliśmy się w okalającym go lesie.

DSC_5235

Rankiem obudziło nas piękne słońce. Szybko się zebraliśmy, bo czekała nas ciężka, ale i wspaniała (miałem taką nadzieję 😉 ) droga. Wróciliśmy do mostu znajdującego się na początku podjazdu i tam na ławeczce przy parkingu przyrządziliśmy sobie śniadanie. Niedługo potem przyjechały pierwsze samochody na parking, między innymi mężczyzna, który wyciągnął z samochodu szosówkę i zaczął ubierać strój kolarski. Podszedłem porozmawiać z nim, popytałem o czekającą nas drogę. Popatrzył na nas z wielkim powątpiewaniem i stwierdził – jak przejedziecie dwa pierwsze kilometry, które są najbardziej strome, to dalej już pójdzie. Popatrzył jeszcze na nasze rowery i cały nasz dobytek – szczerze stwierdził, że nie daje nam prawie żadnych szans na powodzenie. No tak, już drugi taki mądry się znalazł – ale tym razem chyba bardziej znający się na rzeczy. Dobra, po zjedzeniu porządnego śniadania przyszedł czas zweryfikować osąd słoweńskiego kolarza.

DSC_5238

Faktycznie – po kilometrze podjazdu zaczęło się robić bardzo ciężko. Momentami musiałem jechać zakosami, gdyż nachylenie faktycznie było nie do pokonania z moim obciążeniem. Ale – udało się! Bez pchania podjechaliśmy najbardziej strome kawałki. Dalej pozostało już tylko konsekwentnie wspinać się do celu, do którego jeszcze trochę nam brakowało.

DSC_5245

Krajobrazy, które odsłaniały się za każdym z zakrętów, były urzekające. Monumentalne góry, ich szczyty spowijane co chwila małymi obłoczkami… coś niesamowitego. W trakcie podjazdu minęło nas wielu rowerzystów i rowerzystek. Ale wszyscy na pusto. Żadnego sakwiarza.

DSC_5249

Na drodze napotkaliśmy kilka tuneli. Ale były one bardzo krótkie – nie przekraczały 50-60 m, więc nawet nie było sensu zapalać lampek.

DSC_5251

Mniej więcej w połowie podjazdu minął nas w drodze powrotnej słoweński kolarz, którego spotkaliśmy rano. Aż się zatrzymał z wrażenia i pogratulował nam siły i wytrwałości. I powiedział, że jak już tu dotarliśmy, to już wierzy, że dojedziemy do końca. 🙂

DSC_5254 DSC_5256 DSC_5261 DSC_5263 DSC_5264

W pewnym momencie z chmury ponad szczytami wynurzył się paralotniarz. To musiało być niesamowite uczucie, tak sobie szybować ponad tymi wielkimi górami, delektować się krajobrazami, ale jednocześnie zdradliwie niebezpieczne. Oprócz prądów powietrznych można było niespodziewanie wpakować się w taką chmurę, a wtedy o bliskie spotkanie z jakimś skalnym szczytem nietrudno…

DSC_5265

Ostatnie dwa kilometry podjazdu biegły pośród alpejskich muraw i wspaniałych widoków z Mangartem na czele. Ten wyniosły na prawie 2700 m n.p.m. masyw co chwila skrywał się w chmurach, co jeszcze bardziej potęgowało niesamowitą atmosferę tego miejsca.

DSC_5268 DSC_5270 DSC_5277

W końcu po czterech godzinach podjazdu stanęliśmy na przełęczy. Prawie tysiąc metrów do góry pokonaliśmy w rekordowym tempie! I tym samym pokonaliśmy chyba jedyną w Słowenii szosę wznoszącą się na ponad dwa tysiące metrów nad poziomem morza.

DSC_5285 DSC_5288

Takich widoków nie użyczy się jeżdżąc tylko dolinami…

DSC_5293

Patrząc na włoską stronę już wiedziałem, czemu po drugiej stronie przełęczy nie poprowadzono drogi. Przełęcz kończyła się tam jedną wielką kilkusetmetrową przepaścią, która uniemożliwiała racjonalne poprowadzenie tamtędy drogi.

DSC_5298 DSC_5303 DSC_5305 DSC_5321

Na przełęczy przyrządziliśmy sobie obiadek i powylegiwaliśmy się w ciepłych promieniach słońca na kocyku spoglądając na Mangart i inne okoliczne szczyty.

DSC_5329 DSC_5333

Mimo, że na przełęczy wysokość i wiatr powodowały dość duży chłodek, to zjeżdżając w dół momentalnie się rozebraliśmy z ciepłych ciuchów, żeby się nie spocić. A zjazd, jak to zjazd – czyste szaleństwo! 😉 Ala co chwila krzyczała – tata, szybciej! No i wystarczyło tylko zdjąć ręce z hamulców.

DSC_5349

Po półgodzinnym szaleńczym zjeździe dotarliśmy do początku naszego podjazdu i ruszyliśmy dalej – w kierunku przełęczy Predel i dalej – do Włoch.

Czytaj dalej…

4 Komentarzy

  1. Magda

    Zdjęcia WSPANIAŁE!

    1. tomzoo

      Dzięki 🙂

  2. Alberska

    przypadkiem trafiłam na Państwa stronę.Jesteście cudowni w tym swoim podróżowaniu.Ja jestem już starszą panią he he i też kocham podróże o chlebie i wodzie.podziwiam,oglądam Panstwa strony i dziękuję.Dużo wspaniałych wypraw.Ja wróciłam w tym roku z Czarnogóry,którą kocham.Było cudownie.GORĄCO POZDRAWIAM.

    1. Tomek Gurdziołek (Post autora)

      Dziękujemy bardzo za ten miły komentarz! My również zakochaliśmy się w Czarnogórze i byliśmy tam już dwukrotnie. Miejmy nadzieję, że czas pozwoli na napisanie kolejnych relacji, które wciąż tkwią w notatnikach. Pozdrawiamy serdecznie i wielu wspaniałych podróży życzymy!

Dodaj komentarz