Na Vrsic!

Na wyjeździe z Mojstrany natknęliśmy się na drogę rowerową poprowadzoną po szlaku nieczynnej już trasy kolejowej. Po drodze napotkaliśmy bar z placem zabaw, który był dedykowany dla rowerzystów jadących szlakiem. Dla Ali to był raj – miała duże opory aby stąd odjeżdżać 🙂

DSC_5091DSC_5095

Szlak prowadził do samej Kranjskiej Gory, małego turystycznego miasteczka położonego tuż przy granicy z Austrią i Włochami. W miasteczku wstąpiliśmy do informacji turystycznej aby dostać garść informacji o okolicy, jakieś mapki, no i zapytać, czy w trakcie podjazdu na przełęcz są dostępne jakieś źródła wody. Mężczyzna z obsługi, gdy dowiedział się, że zamierzamy podjechać na przełęcz z 3 letnim dzieckiem, aż się za głowę złapał i zaczął nas odwodzić od jego zdaniem szalonego pomysłu. Nie uspokoiła go nawet informacja, że jedną dużą przełęcz – Bohinijską – już mamy za sobą. No nic, nie czas na dyskusje. Podziękowaliśmy panu za porady i pojechaliśmy zmierzyć się z bestią 😉

DSC_5103

Na samym początku podjazdu pojawiły się znaki ostrzegające o tym co nas czeka w najbliższej przyszłości. Ale skoro pokonaliśmy 16% na przełęczy Bohinijskiej, to tutaj te 14%  też powinniśmy zmóc. Szybko pokazały się motywatory.

DSC_5105

A podjazd? No cóż, jak to podjazd… momentami było stromo, ale bez przesady. Dawaliśmy ze spokojem radę. Ciekawostką była dla nas nawierzchnia – na prostych był asfalt, natomiast na zakrętach była starej daty kostka granitowa.
Droga na przełęcz Vrsic została wybudowana w czasie I Wojny Światowej – i stąd ta kostka. Pewnie była już wielokrotnie remontowana, ale i tak niektóre polskie asfalty się do niej nie umywały.

DSC_5110

Po kilku kilometrach podjazdu dotarliśmy do miejsca, gdzie stała Ruska Kapela – malutka, lecz okazała kaplica gdzie upamiętniono śmierć rosyjskich jeńców budujących tę drogę. W miejscu ich śmierci pod lawiną pozostali żyjący jeńcy wybudowali kaplicę nazywaną obecnie Ruską Kapelą. Gdy ją zobaczyliśmy, od razu nasunęła się nam ta sama myśl – to wygląda jak mini model cerkwi. Nawet na żywo ciężko oprzeć się wrażeniu, że ta budowla mogłaby stanąć w konkury z krakowskimi szopkami świątecznymi, a drzwi były normalnych rozmiarów – ja się mieściłem 😉

DSC_5115

Po wizycie przy kaplicy przenieśliśmy się na ławeczkę na pobliskim parkingu i urządziliśmy sobie porządny popas, bo do przełęczy pozostało jeszcze ok. 500 m do góry. Miejsce byłoby miłe, jednak jako że w okolicy nie było w ogóle toalet, to okoliczne skarpy usiane były gęsto „minami” i innymi wytworami ludzkiej przemiany materii, więc momentami zalatywało z lasu… :/
Więc z ulgą wróciliśmy na trasę…
A tam… cudne góry przebijające się przez rosnące przy szosie lasy… pięknie!

DSC_5121 DSC_5123

Jeden z odpoczynków wypada nam pod masywem Prisojnika – skalistych turni, gdzie wypatrzyć można było okno skalne kształtem przypominające odwrócone serce. Kolejną ciekawostką (również widoczną na poniższym zdjęciu) była zastygła w kamieniu twarz „ajdovskiej deklicy”,  z którą związanych jest kilka lokalnych legend…

DSC_5124

Im bliżej przełęczy byliśmy, tym widoki były coraz bardziej rozległe. Z nawiązką wynagradzały nam włożony w ten podjazd wysiłek. Takie podjazdy lubimy…

DSC_5137

W końcu zaczęło się wypłaszczać, droga się wyprostowała. Po czterech godzinach wspinaczki byliśmy już o krok od celu.

DSC_5142

Po dotarciu obowiązkowa pamiątkowa fotka. Na przełęczy nie było żadnej infrastruktury w sensie jarmarcznych budek itp., za to wielkie parkingowisko dla ludzi udających się na piesze wycieczki w góry. Z trudem znaleźliśmy kogoś, kto mógłby nam pstryknąć „tablicową fotkę”. To dobrze świadczyło o sportowo – turystycznym zacięciu narodu.

DSC_5143

Po drugiej stronie przełęczy ukazały się naszym oczom kolejne masywy skalistych turni. Byliśmy w sercu Alp Julijskich.

DSC_5149

Podczas postoju odwiedziła nas zupełnie oswojona owca. Ala podeszła do tej wizyty z pewnym dystansem…

DSC_5161

I jeszcze kilka fotek z przełęczy w stronę południową.

DSC_5163 DSC_5164

Zjeżdżając w dół nagle zrobiło się ciemno, zza szczytów wychynęła wielka ołowiana chmura… Nawet nie zdążyliśmy założyć kurtek, a tu lunęło wielkimi kroplami i usiekło nas gradem.

DSC_5174

W jednej chwili z dnia zrobiła się prawie noc. Ilość wody spadającej z nieba i spływającej po szosie spowodowała, że moje hamulce z ledwością radziły sobie z odbieraniem wody z obręczy, nie wspominając już o wyhamowaniu naszej ponad 160 kg masy zestawu. Z duszą na ramieniu zjeżdżaliśmy w strugach deszczu i wątłym w tych warunkach świetle lampek… Po kilku kilometrach zjazdu deszcz nieco się ustabilizował (znaczy minimalnie spuścił z tonu) i dało się jako tako zjeżdżać. W trakcie zjazdu minęliśmy kilku nieszczęśników, którym jeszcze zostało kilka kilometrów w górę… Wtem ujrzeliśmy stojący samotnie na poboczu dom i tuż obok zadaszoną wiatę garażową. Uratowani! 😉
Tam wyżęliśmy nasze spodnie i kurtki przeciwdeszczowe i czekaliśmy na rozw… znaczy zakończenie sytuacji.

DSC_5177

W końcu na niebie między szczytami pojawiły się nieśmiałe przebłyski błękitu. Burza trwała ponad godzinę, więc trzeba było szybko znaleźć miejscówkę na nocleg. Zmoknięci jak kury jechaliśmy w dół doliny – z jednej strony potok i kamienisty las, a z drugiej łąki z pojawiającą się w regularnych odstępach zabudową. Dodając do tego lekkie przemoczenie – podjęliśmy decyzję o przenocowaniu na kempingu. Nieopodal miejscowości Soca natrafiliśmy na przyjemny kemping – i tam za 8 Euro od głowy rozstawiliśmy nasz domek.

Czytaj dalej…

Dodaj komentarz