Perły Alp Julijskich – jeziora Bohinjskie i Bled

Z Leonie i Jean-Da jechaliśmy dwa dni. Rankiem podczas śniadania zgadaliśmy się, że nasze wspólne trasy się pokrywają aż do Bledu, więc postanowiliśmy sobie towarzyszyć. Ala momentalnie zaprzyjaźniła się z Jean-Da – z wzajemnością 😉

DSC_5002 DSC_5003

Z noclegu ruszyliśmy w kierunku miejscowości Bohinj. Pierwszy porządny zjazd, gdzie można było się „trochę” rozpędzić. I zaczęły się nawet widoki!

DSC_5006 DSC_5013

Wyjeżdżając z Bohinja w kierunku jeziora natrafiliśmy na alternatywną do szosy drogę rowerową, która biegła wzdłuż drugiego brzegu rzeki. Nie było samochodów, za to był dosyć duży ruch rowerowy. W końcu… dróżka rowerowa 🙂

DSC_5014

No i dotarliśmy nad pierwsze z jezior – Jezioro Bohinjskie. Nie myślałem, że nad to jezioro droga będzie taka łatwa. Z mapy wydawało mi się, że to jezioro jest położone znacznie wyżej niż Bled. A tu – niespodzianka. Przejażdżka doliną wzdłuż rzeki i już jesteśmy. Widoki nad jeziorem były naprawdę ładne. A woda niesamowicie krystaliczna!

DSC_5038

Odpuściliśmy kąpiel na chwilę i ruszyliśmy szosą wzdłuż jeziora aby po półgodzinnej wspinaczce dotrzeć do schroniska, gdzie rozpoczynał się szlak pieszy do wodospadu Savica. Wodospad cieszył się tak dużym powodzeniem wśród turystów, że wstęp kosztował bodajże 2,5 Euro od osoby. Poszliśmy na raty. Najpierw my – a w tym czasie Leo i Jean-Da zrobili sobie piknik przy schronisku, a potem się zamieniliśmy. Droga do wodospadu nie była trudna, nawet większość drogi Ala dała radę sama przejść. Sam wodospad był dosyć wysoki, ale nie robił piorunującego wrażenia – nie był zbyt obfity w wodę. To pewnie przez nasze zmanierowanie po Norwegii, gdzie przy pierwszym napotkanym wodospadzie były ochy i achy, zdjęcia, a potem wobec ich ogromnej ilości ich widok nam na tyle spowszedniał, że aparat wyjmowałem już tylko do tych najbardziej oryginalnych i okazałych. Ale dobra, wodospad był – tu w okolicy był największy, spoko. 🙂
Ale wąwóz, który wycięła rzeka Savica był całkiem okazały i robił wrażenie.

DSC_5018

Po zwiedzaniu i pikniku ruszyliśmy z powrotem do  Ribcev Laz, skąd ruszyliśmy wzdłuż jeziora. Do Bledu mieliśmy znowu dwie drogi. Jedną dolinną – łatwą i średnio przyjemną (słabe widoki i relatywnie duży ruch samochodowy) oraz drugą – wiodącą górami – bardziej wymagającą, ale bardziej widokową i z zerowym ruchem samochodowym. Z naszymi towarzyszami byliśmy jednogłośni.

DSC_5043 DSC_5040 DSC_5045 DSC_5049 DSC_5050

Po kilkunastu kilometrach wspinaczki dotarliśmy do wioski Gorjuse. Jako, że było już późnawe popołudnie, postanowiliśmy poszukać dobrego miejsca na nocleg. Spróbowaliśmy zapytać się kogoś z miejscowych, czy byłaby możliwość postawienia namiotu na jedną noc na ich terenie. Niestety dwukrotne próby zakończyły się fiaskiem.
Nauczony doświadczeniem, wyprowadziłem ekipę poza obręb wsi, bardzo rozciągniętej zresztą i dobiliśmy do lasu. A tam ku naszej uciesze gruntowa dróżka prowadząca do jakiegoś letniska. I od niej boczna, ledwie widoczna ślepa dróżka. Nie był to może szczyt kamuflażu – bo byliśmy zaledwie jakieś 50 m od szosy, ale przy dużym podszycie było ok. Na końcu dróżki, gdzie było płasko jak na stole, było miejsce akurat na dwa namioty. Niezwłocznie rozbiliśmy namioty a ja po chwili mknąłem na pustym rowerze do kraniku, który zauważyłem przejeżdżając przez wioskę. „Doberdan; doberdan, można wodu? A można…” 😉 Pięknie jest się porozumieć chociażby w kwestiach najprostszych 🙂

No i kolejny wieczór spędziliśmy na pogaduchach rowerowo – życiowych…

DSC_5052

Następnego dnia ruszyliśmy dalej w kierunku Bledu. Do przełęczy nie mieliśmy już zbyt dużo do podjechania, zresztą droga nie pięła się już zbyt stromo pod górę. W lasach pełno było grzybiarzy – widać ten sport jest w Słowenii prawie tak popularny jak u nas. Po przekroczeniu najwyższego miejsca spotkaliśmy ekipę francuskich studentów, którzy podróżowali starym VW – tzw. hipiwozem. Z informacji jakie nam udzielili, okazało się, że za nocowanie w lesie (Park Narodowy) policja skasowała ich na 80 euro od głowy. Drogawy hotel, trzeba będzie wziąć pod uwagę przy wyszukiwaniu kolejnych noclegów.

Zaczął się zjazd. Znak wskazywał jednoznacznie, że będzie trzeba naciskać na hamulce.

DSC_5054

Po kilku kilometrach zwariowanego zjazdu trochę się opanowaliśmy i nie mając już takiego nachylenia pojechaliśmy grupą 😉

Gdy zbliżyliśmy się do cywilizacji (czyt. terenów zabudowanych – wiosek) znów pojawiły się chrystusowe krzyże…

DSC_5055

W pierwszej napotkanej wiosce, uzupełniliśmy zapasy w merkatorze, a Ala pobawiła się na placu zabaw razem z dziećmi z koloni. Do Bledu mieliśmy już żabi skok, tam więc postanowiliśmy urządzić sobie piknik. Rozłożyliśmy się nad samym jeziorem na trawce w cieniu, wyjęliśmy wiktuały, ugotowaliśmy jajeczka i rozpoczęła się konsumpcja. Nasi towarzysze z zaciekawieniem ale i ostrożnością przyglądali się nam jak pijemy zsiadłe mleko i zajadamy biały ser. Szkoda że nie mieliśmy kiszonych ogórków 😉

DSC_5057

Wiedzieliśmy, że nasze drogi w Bledzie się będą rozchodzić, ale jakoś ani nam ani Lou i Jean-Da nie było spieszno do tego momentu. W trakcie objazdu niedużego jeziora Bled skorzystaliśmy jeszcze z jego cieplutkiej wody i odmoczyliśmy nasze nieco zakurzone członki. Mimo kamienistego dna było świetnie. Woda w jeziorze była tak krystalicznie czysta, że po półgodzinnej kąpieli Monia stwierdziła, że jej strój kąpielowy wciąż pachnie proszkiem po praniu.

DSC_5059DSC_5076 DSC_5078

Po okrążeniu jeziora wróciliśmy do Bledu i tam ostatecznie pożegnaliśmy się z parą sympatycznych Szwajcarów. Dla nich byliśmy tylko epizodem w czekającej ich długiej podróży, ale te dwa dni z Leo i Jean-Da były dla nas miłą odmianą od naszej „wyprawowej codzienności” 😉 Tym bardziej, że mieliśmy bardzo podobny styl podróżowania i noclegowania.
Szwajcarzy pojechali w swoją stronę, natomiast my wstąpiliśmy do piekarni – Monia zapragnęła jakiegoś dobrego chlebka. Wybór był kiepski, rzekłbym w markecie (gdzie z reguły chleb piekli we własnym zakresie) było zdecydowanie lepiej. Ale kupiliśmy coś i wyjechaliśmy z miasta. Zaczęliśmy zjeżdżać w kierunku rzeki, przegapiwszy zjazd na ścieżkę rowerową. I dobrze, bo ścieżką byśmy się niemiłosiernie wlekli w dół, a szosą można było pociągnąć trochę szybciej. 🙂
No i okazało się, że dogoniliśmy w ten sposób naszych towarzyszy – więc na kolejnym rozstaju dróg nastąpiło kolejne pożegnanie 😉 Tym razem już definitywne, my jechaliśmy na zachód a oni na wschód. Nie zdążyliśmy ujechać kilometra i z nieba poleciały pierwsze krople deszczu. Padało dosyć mocno, ale nie czekaliśmy, gdyż widać było koniec chmury i wiedziałem, że niebawem się skończy. Zaraz po opuszczeniu Bledu wjechaliśmy na drogę z zakazem dla rowerów. Okazało się, że droga dedykowana dla rowerów prowadziła bardziej na wschód – i trzeba by było nadłożyć kilkanaście kilometrów. Ruch nie był duży, więc nie przejmując się zakazem pojechaliśmy w kierunku Jesenic. Mieliśmy przed sobą kilkadziesiąt kilometrów po płaskim – aż do Kranjskiej Gory. Ostatecznie dojechaliśmy do bocznej szosy skręcającej na Mojstranę i tam znaleźliśmy miłą łączkę w pobliżu rzeki otoczoną z 3 stron lasem. Idealne miejsce na nocleg.

DSC_5088

Czytaj dalej…

4 Komentarzy

  1. Magda

    Aż żałuje, że do Słowenii nie zabieramy ze sobą rowerów 🙁 Podziwiam i z chęcią czytam 🙂

    1. tomzoo

      Warto było, choć czasami trochę ciężko i gorąco 😉 Ale przecież po to się bierze ze sobą rower, albo inaczej – siebie na rowerze 😉

  2. Magda

    Na pewno ciężko ale te widoki i satysfakcja z przejechanych kilometrów robiła pewnie swoje. My to raczej tacy niedzielni rowerzyści (choć chciałoby się inaczej) ale i tak bardzo lubimy rowery. W tym roku wybieramy się właśnie do Słowenii z trójką maluchów – w tym dwójka naszych (2 latka i 4 latka) dlatego rowery odpadają. Ale może na miejscu można coś wypożyczyć – spotkaliście coś takiego po drodze ?

    1. tomzoo

      Jako, że mieliśmy własne rowery, to nie zwracaliśmy uwagi na ewentualne wypożyczalnie. Trzeba by poszukać w sieci w okolicy, w której będziecie, albo popytać na forach na portalach typu virtualtourist lub tp. Może ktoś z miejscowych odpowie? Bo podejrzewam, że w stolicy, a pewnie i w miejscowościach turystycznych (np. Bled) powinno się coś znaleźć – można próbować przy pensjonatach, mogą mieć rowery do wypożyczenia dla gości.
      A dla niedzielnych rowerzystów polecam przyłączenie się do kinderwyprawek rowerowych – znajdziesz na fb 😉
      Udanego wyjazdu i mnóstwa pozytywnych wrażeń!

Dodaj komentarz