Plener podróżniczy w Boruszynie

Gdy usłyszeliśmy, że tematem przewodnim czwartej edycji Pleneru Podróżniczego mają być podróżujące rodziny, nie zastanawialiśmy się długo. Przecież to „nasz” temat! I zaledwie 60 kilometrów od nas – pojedziemy! Tym bardziej, że długi sierpniowy weekend wcale nie był długi i nie planowaliśmy żadnych dalszych eskapad.

Plener Podróżniczy w Boruszynie pomimo krótkiego jeszcze stażu zdążył już obrosnąć legendą w światku podróżników i wagabondów wszelkiej maści i stać się znanym z tego, że można spotkać nań wiele nietuzinkowych postaci, zarówno pośród osób prezentujących relacje ze swoich podróży, jak i pośród uczestników. Bardzo byliśmy ciekawi znanej już z opowieści atmosfery i klimatu tej imprezy, z zasady niekomercyjnej i organizowanej przez grupę zapaleńców wywodzących się głównie z ekipy sztafety Afryka Nowaka.

Jedziemy – ku przygodzie!

Przyszedł piątek – dzień wyjazdu. Początkowo zaplanowaliśmy, że wrzucimy nasze rowery na samochód i podjedziemy po prostu na miejsce. Udało nam się jednak nieco szybciej skończyć pracę, więc krótka wymiana zdań – zostawiamy samochód, bierzemy Alę na hol, Lilkę do przyczepki i ruszamy rowerami. Jak powiedzieliśmy, tak zrobiliśmy. Oczywiście „zrobienie” zajęło nam troszkę więcej czasu niż założyliśmy, więc w trasę ruszyliśmy dopiero po siedemnastej. Trudno, najwyżej dotrzemy o zmroku, lub chwilę po. Przecież to nie pierwszy raz.

Już po żniwachRuszyliśmy. Kilometry mijały nam sielsko. Słońce mocno przygrzewało, nie czuć było jeszcze, że to połowa sierpnia. Minęliśmy zbiornik wodny w Rydzynach i po dojechaniu do Szamotuł zrobiliśmy przystanek na zakupy. I to był nasz błąd, bo przed tzw. długim weekendem kolejki w sklepach były nieziemskie. Trudno, nie mieliśmy prawie nic na wieczór w sakwach, nie zdążyliśmy zrobić zakupów w domu, musieliśmy odstać swoje w kolejce. Teraz już było wiadomo, że przed zmrokiem na pewno nie dojedziemy. Ruszyliśmy dalej w stronę Obrzycka. Aby uniknąć jazdy z falą urlopowiczów, którzy ciągnęli nieprzerwanym sznurem samochodów drogą wojewódzką w kierunku morza, postanowiliśmy pojechać bokami – wzdłuż rzeczki Samy. Początek był obiecujący. Wąska szosa, która po pewnym czasie zamieniła się w urokliwie wijącą wśród pól dróżkę.

W drodze. Przed siebie...Jednak nie trwało to długo. Gdy dotarliśmy do linii lasu, z naszej drożynki wpakowaliśmy się na rozjechaną, wysuszoną piaskownicę, drogę gruntową jak na przedpola Puszczy Noteckiej przystało.

Aleją zachodzącego słońca...Patrząc na mapę stwierdziłem, że nie ma co zmagać się z głównym, niemiłosiernie piaszczystym duktem, lepiej spróbować szczęścia gdzie indziej i wjechać w pomniejsze dróżki biegnące w głąb lasu. Cofnęliśmy się do rozstaju dróg i skręciliśmy w las. I to było dobre rozwiązanie. Co prawda też było piaszczysto, ale już dało się od biedy jechać. W pewnym miejscu droga nagle zaczęła gwałtownie opadać i znaleźliśmy się w dolinie rzeczki Samy. I naszym oczom ukazała się wielka, piękna… łąka. Wysokie szumiące trawy, świergot przygotowujących się do snu ptaków, dalekie odgłosy żurawi. Monia, która już była zmęczona mocno forsownym tempem, jakie narzuciłem, stwierdziła, że na tej łące to ona widzi nasz namiot. A ja tylko jej przyklasnąłem. Nie dość, że bardzo mi się tu podobało, to jeszcze perspektywa coraz dłuższej nocnej końcówki przestała mi się podobać. Decyzja zapadła w ciągu chwili.

Pomocnika dobrze mieć Zatopieni w bezkresie łąkPo kilku minutach nasz obóz już był gotowy. Poszedłem na zwiady, czy uda się dotrzeć do rzeczki. Po około dwustu metrach trafiłem na zapomniany, nadgryziony już zębem czasu mostek i przy nim na nie zarośniętą łachę piachu, gdzie można było komfortowo się wykąpać w chłodnej, krystalicznie czystej wodzie. Wszędzie indziej brzegi były mocno zarośnięte wszelakim zielskiem z pokrzywami na czele. Wróciłem szybko po dziewczyny i już razem wybraliśmy się na spacer do „kąpieliska”. Ale się dziewczynom tam podobało. Gdyby nie nastający coraz większy mrok, mogłyby tam pluskać się w nieskończoność! Wróciliśmy więc do namiotu i po kolacji zaszyliśmy się w śpiwory. Choć nie byliśmy już na miejscu, w Boruszynie, pomiędzy naszymi przyjaciółmi i znajomymi, to cudnie było zasypiać tu, na rozległych łąkach nad Samą…

Poranek przyniósł małe pogorszenie pogody, jednak z widoczne na horyzoncie przelotne opady nas nie dopadły. Gdy my zwijaliśmy obóz, dziewczynki beztrosko baraszkowały w trawach.

A co to tak śpiewa? Siostry Radość!Naładowani energią, ruszamy dalejWyjeżdżając na drogę zaciekawiło nas, co kryje się za bramą muru znajdującego się po drugiej stronie drogi. Brama była otwarta, uchyliliśmy ją i naszym oczom ukazał się… rodzinny cmentarz Twardowskich i Lossow(ów) – ordynatów kobylnickich z XIX w. Co ciekawe, najnowsze nagrobki pochodziły sprzed kilkunastu lat, więc miejsce to nie należało do zapomnianych. Po powrocie poszperałem trochę w internecie – natrafiłem na różne ciekawe historie o okolicy.

Napotykamy pamiątki przeszłościZ naszego noclegu do cywilizacji, czyli do Kobylnik, nie było już ani daleko, ani ciężko. A stamtąd już rzut beretem do Obrzycka i mostu na Warcie i dalej – w kierunku Boruszyna. Po ok. godzinie jazdy dotarliśmy na Plener Podróżniczy.

Plenerowe migawki

Na miejscu czekała już na nas moc atrakcji. Od hydrantowego prysznica, poprzez prelekcje i pokazy slajdów podróżujących rodzin, po pokazy technik przetrwania, różnych innych warsztatów i bajek dla najmłodszych. No i masa pozytywnie zakręconych ludzi! Na plenerze spędziliśmy całą sobotę i większość niedzieli. Nieprzerwany ciąg dobrych wrażeń, spotkań, nowych znajomości. Niby tylko dwa dni a zdążyliśmy całkowicie zapomnieć o przyziemnym codziennym świecie…

Wszystko o plenerze, a nawet więcej możecie znaleźć na tutaj. Gorąco polecamy tę imprezę!

Pobieranie

6 Komentarzy

  1. kajtostany

    Ale wspomnień moc, a okoliczne piachy dają radę;)

    1. tomzoo (Post autora)

      Niby taki wyskok na chwilę, a ile przygód! A co do piachów, to im jeszcze daleko było do tych najbardziej reprezentatywnych dla Puszczy Noteckiej, których Wy też nie mieliście przyjemności doświadczać 😉

  2. rowerowy kRaj

    Świetna miejscówka na nocleg Wam się objawiła 😉 Doza nieznanego jest najlepsza!

    1. tomzoo (Post autora)

      Oj, świetna, masz rację! I za to właśnie kochamy te nasze podróże. I te malutkie, i te… 😉

  3. justabrr

    Jak zwykle super przygoda 🙂 I piękny nocleg! …choć ja od razu wiesz o czym pomyslałam…o kleszczach :/

    1. tomzoo (Post autora)

      Ja wiem! Też je miałem cały czas w głowie (znaczy nie fizycznie ;-)). Ale jak tu nie dać dziewczynkom wybiegać się po takiej wspaniałej łące! Było klimatycznie magicznie! 😀 A łąka chyba nie była „zarażona” nic na sobie nie znaleźliśmy na szczęście.

Dodaj komentarz