W poszukiwaniu wiosny – rowerowa Istria

No i stało się, w sumie przygotowani, ale tylko dzień na wymyślenie – dokąd?

Takie piątek trzynastego zlecił nam zadanie. Dlaczego? Nie pytajcie…

Przez całą sobotę przeglądam sieć w poszukiwaniu najlepszej opcji, bieżące prognozy na najbliższe dni. Warunki brzegowe – maksymalnie dzień drogi samochodem i w miarę ciepło na miejscu. No i… padło na Istrię. Odpuszczamy natychmiastowy wyjazd – prognozy zdradzają, że poniedziałek mógłby być niezbyt szczęśliwym dniem na pierwszy dzień jazdy – deszcz. Więc jeszcze jeden dzień na dogranie szczegółów, dopakowanie tego, co pominęliśmy wcześniej i w poniedziałkowy wieczór ruszamy.

Z dzieciakami w dłuższe trasy najlepiej jeździ się nam w nocy. Mniej się nudzą i płaczą, więcej śpią, a na drodze cisza i mały ruch. Przez to szybciej się dociera do celu. I tak też jest tym razem. Po 12 godzinach jazdy i kilku odpoczynkach na karmienie Lilki lądujemy w Pazinie – strategicznie wybranej miejscowości w sercu Istrii. Po rozpakowaniu perfekcyjnie zapakowanego samochodu (3 rowery, przyczepka, hol, sakwy i trochę innych drobiazgów udaje się wcisnąć do samochodu z 4 pasażerami) przystępujemy do skręcania rowerów i wrzucenia na nie całego naszego dobytku. Fajnie – nie było rowerowego żagla na samochodzie, który mocno spowalnia i pożera dodatkowe paliwo. 😉

Wszystko się zmieściło!

No dobra, zapakowani i gotowi do drogi, Ala na rowerze przyczepionym holem do Moni, Lilka w przyczepce za mną – ruszamy. Oj, oj, oj… widzę, że ciężar podczepionego rowerka z Alą na tyle mocno oddziałuje na Monię i jej rower, że ma problemy z utrzymaniem równowagi… Fakt, w tym zestawieniu nie ma zbyt dużej dysproporcji masy, jak w moim i Ali przypadku 😉 No cóż, ta opcja nie była wcześniej przetestowana – zamieniamy się. Dodatkowo okazuje się, że wymyślone przeze mnie mocowanie holu do mojego roweru nie do końca daje radę – rower Ali notorycznie przechyla się w jedną stronę. Na szczęście po przeciwnej stronie uliczki, gdzie zaparkowaliśmy samochód, jest sklep śrubkarski – kupuję najmocniejsze zipy jakie mają i wzmacniam stabilność konstrukcji. Okazuje się, że zipy dają radę! 🙂 A już przez moment zacząłem powątpiewać w dalsze losy naszego wyjazdu… Uff… W końcu ruszamy.

Po dwóch latach przerwy od jazdy rowerem (no, ja mimo kontuzji kolana coś tam jeździłem od czasu do czasu, ale Monia zupełnie nic – ciąża, macierzyństwo) potrzebujemy chwili, aby się „poczuć” na obładowanych rowerach. Małe zakupy na wieczór i ruszamy. Nasz cel jest następujący – wyruszyć w trasę i wrócić tutaj za półtora tygodnia. Uda się? Musi się udać! 🙂

Jeszcze w pierwotnej konfiguracji – mój rower z przyczepką

 

Czytaj dalej…

 

Pobieranie

6 Komentarzy

  1. Karolina Bojakowska

    Powodzenia i udanego urlopu 🙂

    1. tomzoo

      Dzięki! Już wróciliśmy! 😉 Teraz czas relacji 🙂

  2. mikolajo

    Super sprawa! Tym bardziej, że poza sezonem.
    Ala widzę dorosła do dużego roweru. Dużo jechała sama?
    Czekam na kolejne kawałki relacji (tak w odcinkach się nawet fajniej czyta:-))

    1. tomzoo

      Właśnie – najbardziej lubimy jeździć poza sezonem. Szczególnie w miejsca popularne dla turystyki masowej. W pełni sezonu wczasowo-turystycznego jest znacznie większy ruch na drogach, ceny wyższe, tłoczno przy atrakcjach turystycznych. Ale wtedy wystarczy na szczęście tylko odjechać kawałek „obok” – i już jest błogi spokój 😉
      Ala już prawie dorosła do 20″. Do roweru już pasuje, jeszcze tylko ramię korby mogłoby być ciut krótsze. Akurat na naszej trasie konfiguracja terenu nieszczególnie pozwalała na dłuższe samodzielne przebiegi – co chwila napotykaliśmy jakieś podjazdy/zjazdy, na których Ala by spuchła albo mogła nie wyhamować. No i po cichu muszę przyznać, że Ala jest takim małym leniuszkiem 😉
      Ciąg dalszy relacji niebawem 🙂
      [edit – uporządkowałem trochę odpowiedź, wklepana z komórki była trochę nie po myśli ;)]

  3. Kris

    tomzoo – klasa, jestem pod wrażeniem 😀

    1. tomzoo

      Dzięki, rozkręcamy się 😉 W końcu!

Dodaj komentarz