Z Nikšića do Kotoru

Następnego dnia pożegnaliśmy się z Durmitorem i jazdą planiną Pivską, ale bynajmniej nie oznaczało to rozstania z górami. Nasza trasa wiodła w kierunku Nikšića, do pokonania mieliśmy kilka pomniejszych przełęczy przez otaczające nas pasma.

Wyjeżdżamy znad jeziora Pivskiego W drodze do Nikšića

Dopiero późnym popołudniem zaczęliśmy zjeżdżać z gór w kierunku miasta. Powoli zaczęliśmy się rozglądać za noclegiem, wcześniej jednak odwiedziliśmy dobrze wyposażony spożywczak. Gdy pakowaliśmy zakupy, przed sklepem zatrzymał się samochód i wysiadła z niego para. Podeszli do nas i powiedzieli, że znają nas z opowiadania swojej matki. Okazało się, że to były dzieci babcinki, która nas przyjęła i ugościła w górach. Jednak Czarnogóra to mały kraj 😉 Jakby tego było mało, zaraz potem podszedł do nas miejscowy chłopak i powiedział, że zaprasza nas na kawę do siebie. No co mieliśmy robić… oczywiście z zaproszenia skorzystaliśmy. A zaproszenie pochodziło od jego matki, która była ciekawa naszej podróży i ugościła nas na tarasie kawą i herbatą. Na pytanie o możliwość noclegu odpowiedziała, że z chęcią by pozwoliła nam się rozbić u niej za domem, ale akurat będą kosić trawę (która osiągała już ponad pół metra!) dla zwierząt i by były problemy z koszeniem. Po tej krótkiej wizycie pojechaliśmy dalej. Ujechaliśmy może z kilometr i trafiliśmy na starszego człowieka, który krzątał się przed domem. Dziadek zapytany o możliwość rozbicia namiotu odpowiedział, że możemy nawet spać u niego w domu, jeśli chcemy. Nie chcąc się narzucać rozbiliśmy namioty przy ogródku. Dziadek zaprosił nas do siebie na taras, zaproponował, abyśmy zrobili sobie kolację u niego w kuchni i skorzystali z łazienki, jeśli chcemy się umyć, czy wykąpać. No i na stole pojawiło się dla nas piwo i papryka konserwowa własnej roboty. Dziadkowi tak dobrze się z nami rozmawiało, że opuścił nas, a po chwili wrócił z kolejnymi butelkami piwa. Zapowiadał się długi wieczór…

Nocleg pod Nikšićem

Rano miałem pewne opory co do wstawania. A dziadek już siedział na ganku i popijał piwko. Ten to miał krzepę. Po śniadaniu podczas pożegnania Ala dostała ogromniastą czekoladę.

Z naszym przesympatycznym gospodarzem Ala jedna sobie wszystkie serca :)

Do Nikšića zostało nam kilka kilometrów. Ale jakoś nie czuliśmy potrzeby zagłębiania się w miejską cywilizację i okrążyliśmy miasto opłotkami do drogi kierującej się ku wybrzeżu. Zaraz za miastem kierowani drogowskazami odbiliśmy w boczną drogę aby zobaczyć rzymski most. Nic specjalnego, ale fotkę pstryknąłem. 🙂

Zabytkowy most w okolicach NikšićaJako, że była to droga krajowa w kierunku granicy z Bośnią i Hercegowiną, musieliśmy pogodzić się z istniejącym ruchem drogowym. Prawdopodobnie na odcinku dwudziestu kilku kilometrów minęło nas więcej ciężarówek, niż w przeciągu wszystkich poprzednich dni, ale i tak nie zaliczyłbym tej drogi do mocno obciążonej. W porównaniu do Polskich krajówek – było całkiem przyzwoicie. Droga przecinała niskie pasmo gór, więc trzeba było się wdrapać łagodnym podjazdem na przełączkę. Wojtek usiłował sprawdzić, czy uda się pojechać rozebraną linią kolejową biegnącą wzdłuż naszej drogi, niestety poszczególne odcinki trasy nie miały ciągłości i musieliśmy się wracać do głównej drogi.

Jezioro Slansko Nieczynna trasa kolejowa z Nikšića do Trebinje

Za miejscowością Rudine odbiliśmy w boczną drogę. To był strzał w dziesiątkę – przy zerowym ruchu droga wiła się nieskończonymi zakrętami przez niskie góry.

Storczyki Rewelacyjna kręta droga do Osjecenicy Grahovo Polje

I tak powoli się pnąc dotarliśmy głównej szosy w kierunku wybrzeża. W sumie mogliśmy bez problemu dojechać nad samo morze, jednak spodziewając się trudności w znalezieniu tam miejsca na nocleg postanowiliśmy skorzystać z dobrodziejstw rozległego polja (czyli płaskiej przestrzeni otoczonej górami). Biwak urządziliśmy w sadzie, a wodę nabieraliśmy z udostępnionego przez właściciela studnio-zbiornika. Ogólnie, gdyby nie życzliwość gospodarzy, to byłoby krucho z wodą, gdyż mimo wiosennej pory ani razu jeszcze nie spotkaliśmy źródełek, z których moglibyśmy skorzystać. Po prostu kras wypijał wszystko.

Nocleg na polju

Rankiem następnego dnia obudziło nas bębnienie deszczu o ściany namiotu. Po śniadaniu Ala zaczęła się nieco nudzić, więc w ruch poszły książeczki z naklejkami. 🙂

Czekamy na koniec deszczu

Na szczęście deszcz nie padał zbyt długo i po godzinie mogliśmy zwinąć nasze obozowisko i ruszyć nad morze. Gdy dotarliśmy do miejsca, z którego widać już było Zatokę Kotorską, zobaczyliśmy, że do morza biegną dwie drogi – pierwsza nowa – prosta i szeroka z ruchem samochodowym oraz druga stara, bardzo wąska i już nie pierwszej świeżości. Wybór był oczywisty. Chłonąc piękne widoki na zatokę uważnie zjeżdżaliśmy do Risanu. Droga była szeroka na jeden samochód, ale nic już tędy nie jeździło ze względu na jej stan. Momentami była już nieco poosuwana, wypłukana deszczem i dziurawa, ale nie utrudniało to w dużym stopniu jazdy.

Pierwszy widok na Bokę Kotorską Boka Kotorska Boka Kotorska i pasma Krivošije i Orjen

W Risanie poczuliśmy się jak w środku lata – palmy, temperatura grubo przekraczająca 20 stopni, wilgotne powietrze. Tylko ruch na drodze wzdłuż wybrzeża był spory, a nie była to jeszcze właściwa magistrala Jadrańska. Na szczęście samochody jeździły dość ostrożnie i można było w miarę sprawnie i bezpiecznie się przemieszczać. Po drodze mijaliśmy bardzo malownicze miejscowości, z których najbardziej urokliwą był Perast.

Na promenadzie w Perascie Boka Kotorska - Perast Boka Kotorska - Perast Boka Kotorska

Wieczorem dojechaliśmy do Kotoru – wspaniałej zabytkowej miejscowości, w której mieliśmy nadzieję znaleźć jakieś miejsce na kemping, a w ostateczności jakąś kwaterę. Bo nie spodziewałem się znaleźć dzikiego noclegu w tak gęstej zabudowie. Przejechaliśmy przez centrum mając w planach zwiedzić je gruntownie nazajutrz i zaczęliśmy się rozglądać za noclegiem. Okazało się, że w Kotorze nie ma kempingu, przejechaliśmy więc dalej do miejscowości Muo położonej po przeciwnej stronie zatoki niż Kotor. Byliśmy już prawie nastawieni na kwaterę, gdy w najmniej oczekiwanym miejscu udało się! Na tyłach małej firmy, na betonowym placu w przeciągu kilkunastu minut stanęły nasze namioty.

Nocleg pod Kotorem

Młodzi mieszkańcy pobliskiego domu powiedzieli nam, że jak najbardziej możemy się u nich rozbić, firma nie funkcjonuje, więc nic nam nie będzie przeszkadzało o poranku. Dostaliśmy też dwa pięciolitrowe baniaki z wodą. Gdy dziewczyny poległy już w namiotach, razem z Wojtkiem przeszedłem się kawałeczek nabrzeżem. Z miejsca naszego noclegu był świetny widok na Kotor i otaczające go na stokach gór podświetlone mury obronne. Bajka.

Nocna iluminacja murów obronnych Kotoru

Czytaj dalej…

Dodaj komentarz