Z ziemi słoweńskiej do włoskiej

Zjeżdżając z Mangartu postanowiliśmy przejechać na dzień-dwa na włoską stronę. Kusiła ładna trasa przez Prealpy Julijskie i dwie przełęcze. Pierwszą zrobiliśmy prawie że z rozpędu – zjeżdżając z Predela. Na chwilę zatrzymaliśmy się nad Lago del Predil i pojechaliśmy dalej w stronę przełęczy Nevea. Droga powoli pięła się pod górę, kilka serpentyn i byliśmy na płaskim siodle. Będąc jeszcze w dolinie skorzystaliśmy z dobrodziejstwa potoku i wykąpaliśmy się w zimnej, krystalicznie czystej wodzie, i nawet na podjeździe udało się nam zbytnio nie upocić 😉 Jakaś podpucha była z tą przełęczą 😉

W okolicach przełęczy lasy pocięte były gęstą siecią dróg wywozowych – w dodatku las był bardzo przejrzysty, a podłoże gęsto usiane kamieniami wielkości od pięści do małego budynku… Ciężko było wybrać komfortowe miejsce na rozbicie namiotu.

DSC_5370

Zaczęliśmy zjeżdżać z przełęczy i kawałeczek dalej natknęliśmy się na ośrodek narciarski, a przy nim duży plac manipulacyjny (do drewna). Na tym placu stało kilka kamperów z ewidentnym zamiarem spędzenia tam nocy.  Podjechaliśmy, zapytaliśmy pierwszych z brzegu, o co chodzi z tym kamperowiskiem, no i po chwili już rozbijaliśmy nasz namiot pomiędzy kamperami 😉

DSC_5366

DSC_5362

Rankiem zaraz po starcie zmieniliśmy zdanie na temat przełęczy. Okazało się, że czekał nas osiemnastokilometrowy zjazd do miejscowości Chiusaforte, która leżała prawie siedemset metrów poniżej przełęczy. Początkowo ciężko było podziwiać widoki, gdyż droga stromo opadała serpentynami i trzeba było się mocno skupić na trzymaniu hamulców i kierunku jazdy. Gdy dolina się rozszerzyła i jazda już polegała na delikatnym dokręcaniu pedałami – mogliśmy podziwiać piękne skaliste turnie szczytów rozciągających się po obu stronach.

DSC_5372 DSC_5373 DSC_5377

W końcu wylądowaliśmy w Chiusaforte – małym miasteczku w dolinie rzeki Fella, które oprócz nieco sennej głównej ulicy i kościoła położonego na wzgórzu niewiele miało do zaoferowania.

DSC_5378

Za to zmierzając wzdłuż rzeki w kierunku Moggio Udinese natrafiliśmy na wypasioną drogę rowerową poprowadzoną starym szlakiem kolejowym. Droga ta doprowadziła nas do miejscowości Resiutta. Tam przy głównej drodze zafundowaliśmy sobie lody. Gałka kosztowała jedno euro, ale w ramach tej gałki dostaliśmy taką ilość loda, która w zupełności by służyła za trzy polskie gałki. Całe szczęście, że nie zaszaleliśmy z ilością gałek. 😉 W Moggio Udinese mieliśmy zamiar znaleźć market, jednak okazało się, że nie musimy tak daleko jechać – w Resiuttcie też było zaopatrzenie. Akurat ta miejscowość leżała na wylocie doliny, którą zamierzaliśmy kontynuować jazdę, więc się bardzo ucieszyliśmy.

DSC_5379

Po zakupach, jedzonku i sjeście wjechaliśmy w dolinę rzeki Resia. Jej suche koryto niestety nie było nam w stanie zapewnić ochłody od lejącego się z nieba żaru. Ale otaczające góry wciąż dawały radę i raczyły nasze oczy pięknymi widokami.

DSC_5382

Za miejscowością San Giorgio droga odbiła w boczną dolinę na południe i zaczęliśmy piąć się ostro pod górę. Po kilku kilometrach dotarliśmy do ostatniej wioski przed przełęczą – Lishiazze. Uzupełniliśmy tam wodę i byliśmy gotowi na podjazd. Tak naprawdę, to zupełnie nie wiedziałem na jaką wysokość będziemy się wdrapywać, ponieważ na naszej mapie przełęcz przed nami nawet nie była zaznaczona na mapie. Wjechaliśmy w ładny bukowy las. Przy pierwszym nawrocie stał znak informujący o stromym podjeździe z dodatkową tabliczką informującą – 12% przez 4 kilometry. Pomyślałem, spoko – godzinka i będziemy na górze. Jednak po drugim nawrocie zaczęło się robić coraz bardziej stromo i stromo. Ledwo byłem w stanie wprawiać pedały w ruch! Co jest? Droga się tak wypiętrzyła, że i Monia prawie stanęła w miejscu. Po chwili postoju na złapanie tchu nie byłem w stanie ruszyć. Nachylenie drogi było tak duże, że aby ruszyć ustawiłem rower w poprzek drogi, ruch korbą i dopiero skręciłem pod górę. Całe szczęście, że samochody praktycznie tędy nie jeździły – nasze wtaczanie się pod górę oparliśmy na wielkim oszukaństwie – zaczęliśmy jechać zygzakiem od jednej do drugiej krawędzi szosy. Im większe nachylenie było, tym ciaśniejsze zygzaki nam wychodziły. Ale dzięki temu osiągaliśmy nachylenie, pod które byliśmy w stanie podjechać. Cztery kilometry – pomyślałem – tak naprawdę to pewnie zrobimy ze sześć tą techniką!

DSC_5384

Po dwóch i pół godzinie mordęgi i kompletnego braku widoków dojechaliśmy do upragnionego miejsca… wyszło, że od Resiutty wdrapaliśmy się prawie 700 metrów do góry. Po powrocie do domu dodatkowo sprawdziłem – ten podjazd miał długie odcinki powyżej 15% nachylenia. Czyli wyszło na to, że przy 13-14% kończą się nasze możliwości… Taka nauka na przyszłość 😉

DSC_5387 DSC_5388

Zjazd z przełęczy był bardzo fajny. Na wąziutkiej bardzo wężykującej drodze było zero ruchu. Mimo to jazda wymagała maksymalnej koncentracji, bo oczywiście na hamulce naciskałem tylko w naprawdę tego wymagających momentach 😉 Tą drogą dojechaliśmy do miejscowości Uccea, a stąd został już tylko rzut beretem do granicy słoweńskiej.

DSC_5390

Myślałem, że jadąc wzdłuż rzeki, która wpadała do Soczy będziemy mieli już tylko komfortowy zjazd, jednak sromotnie się pomyliłem. Szosa początkowo prowadziła płasko po stokach doliny, zostawiając rzekę głęboko w dole, a potem zaczęła się piąć trawersem pod górę. Zmęczeni upalnym dniem i masakrycznym podjazdem nie mieliśmy już ochoty na jakiekolwiek podjazdy tego dnia. Na szczęście dużo tego nie było. W końcu droga zaczęła opadać coraz gwałtowniej do doliny Soczy i przed wieczorem byliśmy już nad rzeką. Socza jest słynna w Słowenii i nie tylko z bardzo atrakcyjnych spływów kajakowych i pontonowych i co kilka kilometrów są tam urządzone miejsca wodowania. Gdy zajechaliśmy na jedno z takich miejsc, było już zupełnie pusto. Super, więc szybka niekrępująca kąpiel i zaraz potem zaszyliśmy się w lesie nieopodal.

DSC_5394

Czytaj dalej…

Dodaj komentarz